| "mężczyzno, kiedy ranisz kobietę, pamiętaj, że zwykle stoją za nią jej przyjaciółki. Ona sama nic Ci nie zrobi, ale one, jak cholerna drużyna, przypuszczalnie powieszą cię za jaja" |
![]()
::księga
gości:: Tagi |
krótki był ten wyjazd.
Miałam dziś tę długo wyczekiwaną rozmowę o możliwym awansie i jakoś tego nie widzę, chyba ominie mnie to szerokim łukiem. Myślę, że dało się we mnie wyczuć pesymizm i brak wiary we własne siły oraz ogólny brak entuzjazmu do nadrabiania strat zakładu na innych polach kosztem ciężkiej pracy i wolnego czasu. Zobaczymy, za parę dni powinno się okazać. lotem straszniej
Jutro podam sklad bulki z samolotu. PODAJE: bulka, ser, majonez schab. hehehehe. To byl zart. Teraz podaje: Ciabata ze schabem drobiowym i serem. Bulka ciabata: maka pszenna, woda, drozdze, sol, suchy [***costam] pszenny. Schab drobiowy z majerankiem: 14% filet z piersi drobiowej, woda, skorki wieprzowe, skrobia acetylowana, przyprawy smakowe, w tym majeranek, substancja zageszczajaca karagen, fosforan diskrobiowy, stabilizatory skrobiowo bialkowe, trifosforan pentasodowy, polifosforan sodu, mleczan sodu, wzmacniacz smaku glutaminian sodu, rybonukleotydy disodowe, bialkoo sojowe, bialko zwierzece, aromaty naturalne, aromaty przetworzone, przeciwutleniacze, glukoza, dekstroza, maltdekstryna, askorbinian sodu, substancja konserwujaca - azotyn sodu, PESTO MAJONEZOWE: majonez (woda, olej roslinny, cukier, zoltko jaja, skrobia, ocet, gorczyca, zagestnik - guma ksantanowa, konserwant - sorbinian potasu, regulator kwasowosci - koncentrat soku z cytryny, przeciwutleniacz - sol kuchenna disodowa, barwniki), sos pesto zielony (olej slonecznikowy, bazylia, orzechy, orzeszki pini, ziemniaki, cukier, sol kuchenna, regulator kwasowosci - lakton kwasu glukonowego, czosnek. WYROB SEROPODOBNY 10% - mleko odtluszczone pasteryzwane, tluszcz roslinny uwodorniony sol, stabilizator - chlorek wapnia, substancja konserwujaca - azotan potasu, kultury bakterii, podpuszczka mikrobiologiczna, barwnik - annato), PAPRYKA CZERWONA GRILLOWANA - papryka czerwona swieza, ocet balsamiczny - ocet winny, moszcz winogronowy, substancje barwiaca - karmel, przeciwutleniacz - dwutlenek siarki, czosnek swiezy, olej roslinny, bazylia, majeranek, cukier, sol.
Smacznego:) odchudzam-sie 2012-01-17 16:26:22 skomentuj (12) niefart
Zajebiście po prostu. Akurat dziś, kiedy wyjeżdżam, mróz i śnieg musiał spaść. I akurat wczoraj zorientowałam się, że nie mam kompletu dokumentów - dowód, prawko i prawko amerykańskie, które bóg jeden wie po co noszę ze sobą, chyba dla jakiegoś wewnętrznego szpanu, że takowe mam. [Całkiem jak 150 milionów innych ludzi na świecie, faktycznie powód do dumy]. Ostatni raz miałam dokumenty w ręce w srodę, w bibliotece, wyrabiali mi nowa kartę, cywilizacja dotarła także i do nas. Potem byłam u fryzjerki robić odrosty. Więc albo tu, albo tu, albo nie wiem gdzie. Nikt mi na pewno nie ukradł, bo dokumenty były razem z telefonami, więc po pierwsze poszłyby telefony, a nadal są. Ale jak gdzieś wyleciały na drodze, chociaż mam kieszonkę zawsze zapiętą, to jezusie, żeby tylko nikt nie nabrał na mnie zadnych kredytów ani rat! pierwszy długi weekend
To był cudowny długi weekend. Boże jedyny, jak bardzo mi brakowało jednego dnia ekstra, luźnego, spokojnego, tylko do wypoczynku! Sklepy zamknięte, więc nie było wewnętrznego przymusu pójścia zrobienia zakupów. Zaplanowałam na piątek likwidowanie choinki. Co prawda kolędy jeszcze u nas nie było [i nie sądzę, aby była], ani samą choinką się nie nacieszyłyśmy, ale w tygodniu zdecydowanie brak sił, czasu i chęci, za tydzień wylatuję, po tygodniu wracam, to będzie znowu niedzielny wieczór, kolejny tydzień, no to wyszłoby na to, że choinka będzie stała do lutego, a to za długo, nawet jak na nas;) Całkiem na spokojnie spałyśmy do 8 rano, spokojnie śniadanko, ubrać się odpowiednio, rozebrać choinkę, podzielić bombki na nasze i tutejsze, no i zaczęła się jazda z samą choinką. Drzewko, wsadzone w wiaderko z kamieniami i piachem, wzmocnione i usztywnione filiżankami i kubkami, hojnie podlewane, zesztywniało na zawsze w 20 kg pełnym wiaderku. A igiełki ostre, kłujące… Odziałam się w dresy z kapturem, plus mocne rękawiczki, wlazłam pod szeroką choinkę i zaczęła za pomocą stalowego widelca wydłubywać z wiaderka skamieniały piach na podstawioną sprytnie ceratę, podczas gdy Młoda, odziana podobnie, trzymała choinkę od góry, aby znienacka nie runęła na dywan. W końcu udało się! Młoda wyciągnęła drzewko, ubrała się pędem i poleciała na dół. A ja przytargałam choinkę do okna, wypchałam ją jakoś i ziuuuu! Poleciały nasze święta. Wynoszenie wiaderka z piachem – na raty, bo to ciężkie cholerstwo, odkurzanie, zamiatanie, przestawianie gratów, trwało do wieczora, ale poszłam spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i miło spędzonego dnia z Młodą. A przed nami wciąż była sobota i niedziela! Jutro rozmowa o możliwym awansie, trzymajcie kciuki. Zrobiłam wypasioną prezentację, a jakże, ale nie wiem, jak to wyjdzie. A w kwietniu wyjazd do Barcelony, hurraaaaa! Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku, mimo zmęczenia wyraziłam chęć udziału w targach, to będzie koniec kwietnia, powinno być już ciepło, i będzie super… oby tylko schudnąć się udało. odchudzam-sie 2012-01-08 21:28:20 skomentuj (7) Stary rok szczęśliwie za nami
Szczęśliwie minął 2011 rok, kolejnych z chudych lat. Doprawdy, chciałabym, alby ta czarna seria już się skończyła. zagęszczenie przed Świętami
Dostałam zajebiście dobrą propozycję w pracy, tak jakby awansu, wiąże się z większą kasą, ale też i większą odpowiedzialnością, i w sumie nie jestem do końca pewna, czy mam na to ochotę i czy się nadaję. Szef mój uznał, że tak, ale ja się czuję jakoś niepewnie. Podsumowałam sobie, obróciłam w tym roku ponad 10 milionami złotych, i to bez większej wtopy, więc może to o czymś świadczy, ale ja nadal mam poczucie, że inni myślą o mnie lepiej, niż na to zasługuję. Chyba jednak nie odpuszczę takiej okazji, chociaż boję się bardzo. Zrobię wszystko dla kasy:> Mam się zastanowić i po Nowym Roku przedstawić swoją decyzję wraz z proponowami zmianami. śliczna bombka
Jak co roku, dostajemy prezenty od dostawców. Słodycze, wina, jakieś gadżety biurowe, najczęściej kalendarze. Super sprawa, za nic nie oddałabym pracy w zakupach. W tym roku dostałam inny prezent. Wielka szklana bombka. W środku aniołek. Od spodu 4 kolorowe diody, od spodu włącznik. Jak się włączy, to diody łagodnie przechodzą od koloru do koloru. Zapewne wspominałam już, że jestem bezguście totalne i właśnie się to potwierdza. Mogę godzinami się wpatrywać w zmieniające się kolorki na aniołku z trąbką, zwłaszcza przy zgaszonym świetle, chociaż jest to ewidentnie szczyt kiczu. Jedyne, co mnie ratuje to fakt, że nigdzie, gdzie jestem, nie zgadzam się na żadne kryształy, kieliszki i figurki za szybą kredensu… Niech już lepiej stoją puste. odchudzam-sie 2011-12-15 21:45:27 skomentuj (6) fat blondie
Od jakiegoś czasu rozjaśniam włosy, aby dojść do wymarzonej bieli. Włosy własne, coraz bardziej siwe, w coraz bardziej licznych białych pasmach, ułatwiają mi to jak mogą. No i w końcu zrobiłam to. Dopełniłam całkiem innymi niż zawsze soczewkami i proszę! oto brand new, brand fake, brand fat blondie [klik] jak żywa. W sumie to zawsze marzyłam o takim wyglądzie. Po namyśle - te niebieskie soczewki są tak absurdalnie nieprawdziwe, że aż śmiech bierze. Fake, fake! Pomelo is back!
Mówiłam już, że oglądam Top Model. Po Waszej radzie, w przerwach między bieżacymi odcinkami drugiej edycji obejrzalyśmy z Młodą pierwszą edycję i po jakimś czasie się pogubiłam, które panny są z której edycji, no ale dobra tam. Pierwsza edycja się skończyła i drugą już oglądałyśmy na bieżąco. Oczywiście moją największą irytację wzbudzała, jak u całej chyba Polski, niejaka Anna Bałon, której infantylnośc, fatalna dykcja, obrzydliwy charakter i zaciąganie z ruska potrafiłoby wzbudzić irytację u samego Buddy. Jednakże po przedostatnim odcinku, wtedy, gdzie dziewczyny walczyły o udział w castingach, dziewczyna mi naprawdę zaimponowała. Uwielbiam, jak kobieta walczy z całej siły o swoje, próbuje do upadłego, ile się da, nie wstydząc się, ani nie bojąc odmowy czy nawet upokorzenia. Wyłazi tu znowu mój mało kobiecy charakter, który każe walczyć twardo i kopać hardo na lewo i prawo, a nie wdzięcznie giąć się, okazywac słabość i głęboką kobiecą bezradność. Jedno skutkuje w sukcesach życiowych, drugie w kontaktach damsko-męskich. Nie, żebym osiągnęła którekolwiek. Ale jednak wierzę, że da się. Dlatego, kiedy ostatnio Młoda przyniosła do domu tróję z czegoś tam i zaraz powiedziała, że umówiła się z panią, że chce poprawić i proszę, tu oto piątka, to pochwaliłam ją z całych sił - nie za piątkę, ale za to, że od razu pomyślała, żeby zawalczyć i spróbowac raz jeszcze. Moja mała, słodka dzidzia ;) Jak jest w nowym mieszkaniu
Znowu to samo. Siadam do kompa i wszystkie te tematy, o których wiem, że powinnam napisać, nagle znikają. Jeśli wracają, to w całkiem innej kolejności, a wszystkie zawiłe, ciekawe zdania, świadczące o wysokiej inteligencji, oczytaniu, świadomości społecznej, które sobie przygotowałam już w myślach – ulatniają się, jakby ich nigdy nie było, co też jest bardzo prawdopodobne, hehe. Bo i skąd by miały być. Trafiłam na szaloną promocję biletów lotniczych i wysupławszy ostatnie oszczędności – trzymany kurczowo zwrot podatku z zeszłego roku – kupiłam bilet na 15 stycznia, powrót tydzień później. Zapłaciłam niecałe 1600 zł, co uważam za faktycznie dobrą cenę. Mieszkanie pomału oswajamy, ale dziwnie tu jest. Kiedyś te bloki tętniły życiem. Pełno dzieciaków biegało po podwórku i po klatkach schodowych. Klatki schodowe długie, jasne, ciepłe, były idealnym podwórkiem w razie niepogody. Sąsiadki chodziły na plotki do siebie, nosiły sobie kawałki ciasta, drzwi czasami stały otworem. Rano i po południu uliczki były pełne ludzi biegnących do i z pracy, dzieci do i ze szkoły, okna rozświetlone wieczorami. A teraz? Mieszkanie koło mnie na bank stoi puste. Przez 2 tygodnie mieszkanie tutaj spotkałam na klatce schodowej CZWORO ludzi. Jak wracam ok. 17-18, to świeci się może z ¼ okien. Mama mówi, że to dlatego, że to było osiedle ludzi młodych z dziećmi, dzieciaki urosły i wyfrunęły w świat, młodzi dorośli, zestarzeli się i pomału wymierają… a osiedle, chociaż nam w zupełności odpowiada, zgódźmy się, że szczytem luksusów nie jest. Nie ma balkonów, wind, ciepła woda z bojlerów, w mieszkaniach małe pokoiki, brak miejsc do parkowania [a ja mam garaż 2 minuty drogi!!!] , bloki stoją jeden koło drugiego. I młodzi uciekają, zostawiając coraz to starszych dziadków. Byłam na pierwszej wywiadówce. Boże, co za miłe uczucie! Po sześciu latach, kiedy na każdym zebraniu w podstawówce słyszałam tylko, że klasa straszna, okropna, nie uczą się, leniwi, głupi, sprawiają kłopoty wychowawcze – nareszcie zmiana. Klasa świetna. Widać, że chcą się uczyć, pracują, dobrze się uczą, chcą coś w życiu osiągnąć, ambitni bardzo, chętni do współpracy i aktywni. Zapowiada się znakomita klasa. Młoda będzie się musiała mocno nagimnastykować, żeby błysnąć na koniec. Złożyłam wcześniej papiery o odszkodowanie za zwichniętą nogę, ale to było dawno temu, i już zapomniałam, i teraz niespodziewanie dostałam wezwanie na 24 na komisję lekarską. No cóż, ja wciąż usztywniam stopę. Zobaczymy, czy jest sens, żeby nadal płacić składki ubezpieczeniowe. Z rana w piątek miałam ambitny plan, żeby jechać do pracy na 7, żeby odrobić zaległą godzinę. Wyjeżdżam 6:05 z garażu, zadowolona, że tyle czasu mam przed sobą, i nagle..! Mój wzrok padł na wskaźnik benzyny, stojący całkiem poniżej zera. Jak to możliwe? Licznik gazu był na 225 km, pełny bak, powinien dotrwać do min 350 km, a tymczasem musiał zeżreć gaz do końca i przełączyć się na benzynę i ją też zeżreć do końca. Co teraz? Najbliższa stacja czynna na pewno od 7. Kolejna też. No to jadę do mamy na osiedle, tam jest całodobowa. Im bardziej zbliżałam się do stacji, tym bardziej się pociła. Auto charczało, kaszlało, traciło moc, na szczęście wjechało pod wiadukt i chyba siłą rozpędu dojechało kilometr do przedostatniego zakrętu, gdzie ZGASŁO. FUCK. Wrzuciłam na luz, włączyłam awaryjne, wysiadłam i i zaczęłam pchać auto. Dopchałam jakieś 200 m do ostatniego zakrętu, gdzie definitywnie zatrzymał mnie próg. Na szczęście stacja, gdzie mnie znają, była już tylko jakieś 50 m dalej, więc zdyszana pobiegłam, dostałam baniaczek z 5 litrami benzyny, wróciłam biegiem do auta, okazało się, że nie mam wihajstra [yy wichajstra?] , żeby odchylić klapkę, rura z powrotem na stację po ten dzyngiel, wróciłam, wlałam, chwila napięcia, czy się aby silnik nie zapowietrzył, ruszył….! Uff…. Doprychałam jakoś do stacji, gdzie dotankowałam jeszcze benzyny, gazu do pełna. To pewnie dlatego, że w poniedziałek się z wujkiem, znowu zamieniałam autami, bo jechał z mamą do szpitala, dałam mu nalane do pełna, a wujek mi dał kasę i powiedział, żebym sobie zatankowała, chociaż było dopiero 32 km na liczniku… Do pracy dojechałam nawet nieźle, 7:15. Ale z miejsca poszłam do łazienki się możliwie jakoś obmyć z potu. Mniej z wysiłku, więcej ze strachu;) Co by było, jakbym nie popatrzyła na wskaźnik benzyny i pojechała w drugą stronę, stanęłabym w czarnym polu i chyba ze śmiechu umarła na własną głupotę. Ojciec wyszedł ze szpitala, w końcu, ale potrzebuje gorsetu. Coś mnie się zdawało, że na niego przysługuje dofinansowanie, więc najpierw wtajemniczyłam kobitę w sklepie, potem udając chorą i obolałą poszłam najpierw po skierowanie do rodzinnego, potem do ortopedy prywatnie, potem państwowo, dostałam skierowanie na gorset z zastrzeżeniem, że lepiej go nie używać za dużo, skierowanie na masaże, yesss! A potem się zaczęło. Bo na rentgenie widać jakieś głupie wyrostki na kręgosłupie, jakbym ciężko fizycznie pracowała. A mój kręgosłup tak w ogóle jest rozchwiany. Nie wspomniałam, że owszem, mój kręgosłup ciężko pracował, nosząc całe życie dzień w dzień prawie 50 kg nadwagi. Na koniec dostałam jeszcze skierowanie na rezonans i ostrzeżenie, że mam patrzeć, co się dzieje. Kurde, nic mnie nie boli, od operacji czuję się znakomicie, może poza tym, że jak wracam wieczorem do domu, to muszę się położyć na płasko i bezwzględnie odpocząć, i na samą myśl, że miałaby mnie czekać powtórka bólu sprzed 6 lat, to zrobiło mi się od razu gorzej. Nie miała baba kłopotu to poszła do lekarza. Mogłam odżałować jeszcze te parę groszy i kupić gorset za swoje pieniądze… A ja jeszcze samochód pchałam 200 metrów, no… Młoda właśnie upiekła pierwszego w życiu samodzielnego murzynka, ja też od niego zaczynałam, i jest cała dumna. Zaraz zaniosła parę kawałków sąsiadce, a co. A zaraz robimy muszle makaronowe nadziewane mięskiem mielonym i szpinakiem. Mniam. Ale zaraz, nie mam kasy, bankomat wściekle daleko, a w Biedronce bankomatu nie ma, wrggrrr..... Czekam na pierwszy śnieg, albo na pierwszego grudnia, żeby postawić choinkę :) odchudzam-sie 2011-11-19 13:51:12 skomentuj (3) na nowym
Od piątku mieszkamy w nowym mieszkaniu. Wtarganie swoich ciuchów, butów, książek, kompów, telewizora [bo tutejsze dwa są uszkodzone] trochę trwało i rozłożyło się na parę dni, miałam więc takie marzenie, aby chociaż raz wejść na to czwarte piętro bez żadnych toreb i w końcu dziś mi się udało:) Czuję się tu wciąż dziwnie. [oczywiście lepiej od kiedy mamy kablówkę i necik;)] . Mieszkanie jest wyposażone kompletnie i we wszystko, i chociaż wyposażenie mocno trąci myszką, to jednak jest totalnie wszystko, zwłaszcza wyposażenie kuchni wywołało moje zdumienie. Kilka kompletów zastaw stołowych, szklanki, szklanice, szklaneczki, literatki, filiżanki, dzbanki, tace, miski, podstawki, kieliszki w kilku kształtach i wielkosciach, salaterki, miseczki, miski, misy, sztućców kilka zestawów, jakieś cudaczne szczypczyki, sitka we wszystkich rozmiarach, wałki, łopatki, a zresztą, co ja tu będę wymieniać, jest WSZYSTKO, chociaż oczywiście stare i używane, ale sprawne, i jest. Frytkownica i sokowirówka też. Mikser też. I stolnica. Jest wiele przyrządów, których przeznaczenia mogę się tylko domyślać na podstawie posiadanego certyfikatu oraz umiejętności nabytych na specjalnym kursie, hehehe. Piekarnik już rozgryzłam, lekko niedopieka. Mieszkamy w 2 pokojach, trzeci jest zamknięty, zawiera rzeczy osobiste byłej właścicielki. Tzn właścicielki. Tzn jednej pani, na tym poprzestańmy. Najlepsze jest to, że do garażu mam 2 minuty zamiast 12, co rano się liczy i to bardzo. No ale odpadnie mi moje amatorskie uprawianie sportu czyli biegi do garażu. Tutaj nie mogę się przyzwyczaić do nowego łóżka. Pierwsze noce spałam z Młodą na amerykance, tak, żeby raźniej było, po czym Młoda mnie poinformowała, że czas się usamodzielnić, mamusiu, dziś śpisz u siebie. Pospałam raz i wróciłam do Młodej. Tyle lat spałyśmy w jednym pokoju, poza rzadkimi wyjazdami na kolonie, czy nocowaniem u babci, nie umiem się pogodzić, że ona śpi w innym pokoju. To zajmie mi więcej czasu ;) Ale i tak nie ma co się rozkręcać, na wiosnę powrót na stare śmieci. Inne sprawa, że podsumowując miesiąc mieszkania u mamy stwierdzam, że nie było aż tak źle. Po trudnych pierwszych dniach udało nam się załagodzić punkty konfliktowe i dalej poszło niemal jak z płatka. Cieszę się jednak, że mieszkamy blisko siebie i mogę ją normalnie codziennie odwiedzać, robić zakupy, chodzić z psem, odkurzyć czasem itd. Na rozprawie dostałam 500 pln, uważam, że nieźle. Wniosłam raz jeszcze wniosek o postępowanie do prokuratury, wskazując błędy, które moim zdaniem popełnili podczas poprzedniego postępowania. A co to w końcu, nic mnie nie kosztuje, a niech chłopaki popracują trochę, nawet jeśli to postępowanie będzie tylko po to, żeby je umorzyli, a żebym ja następnie mogła złożyć zażalenie, jak mnie pan prokurator w wieku może 28 lat uprzedził. Wysłałam do exteściowej zawiadomienie, że jeśli ona nie zapłaci zaległych swoich alimentów, i nie będzie płaciła na bieżąco, to podaję ją do komornika. Co do jasnej cholery, ona ma swoją niezłą bankową pensję, ma rentę wojskową po mężu, przyjaciela, który u niej mieszka i 2 dorosłych synów, mniejsza o to gdzie są. Co za rodzina, jak babcię kocham. Może wyjdę tu na pazerę, ale kurde, ja naprawdę ciężko pracuję i nie wydaję na pierdoły, ¾ tego co mam ładuję w taki czy inny sposób w Młodą, może czas, aby druga część rodziny zechciała wypełnić swoje ustawowe obowiązki. Czuję, że zaraz exmąż się odnajdzie dziwnym trafem, albo może kasa się znajdzie. Ej, Foksal, blog wygląda super, dzięki :) Byle do Świąt. My już w pracy rozważamy, kto co na Wigilię firmową zrobi... odchudzam-sie 2011-11-09 22:47:47 skomentuj (6) Listopad
W niedzielę pojechałam na groby, niby blisko, ale te 100 km w każdą stronę jest. Dziwnie mi było jechać bez Młodej, zawsze wszędzie razem, a tu sama. Sama musiałam śpiewać po drodze, sama musiałam wyklinać i złorzeczyć innym kierowcom, sama podziwiać sarenki z dala od drogi. Zaparkowałam daleko od wejścia, na puściutkim parkingu koscielnym. Starałam się stanąc tak, jak by ludzie stawali. Na nic, kiedy godzinę później przyszłam, byłam zastawiona dokumentnie, a gościu, który mnie dobił i zastawił, właśnie wyszedł i powiedział, sorry, ale ja na mszę się spieszę, jakoś pani tam sobie wyjedzie. Młoda w gipsie
A tak. Zderzyła się ze ścianą, która zupełnie podstępnie i niespodziewanie na nią wyskoczyła na WFie i zerwała ścięgno jakieś boczne w stopie. Na razie 2 tygodnie z nogą w gipsie, najbardziej nieruchomo jak się da, a potem zobaczymy. Niestety więc chwilowo przeprowadzka musi się odsunąć w czasie, bo kto mi będzie nosił klamoty na to 4 piętro ;) Ani sama Młoda tam nie wlezie, no i bez sensu, żeby siedziała sama w domu cały dzień. Tym bardziej, że mam jakieś kłopoty z zamontowaniem tam kablówki, a co za tym idzie, internetu. Ale jeszcze pomyślę. ognisko
Jestem podekscytowana jak małolata przed pierwszą randką. Udało się nam – a w zasadzie mamie, jak być szczerym – znaleźć dla nas mieszkanie na zimę do wynajęcia, i to tylko po kosztach. Mieszkanie w pełni umeblowane stoi od dawna puste, bo dawna właścicielka zmarła, a jej córki są od wieków za granicą. Mieszkania obecnie pilnuje sąsiadka. Ja ich wszystkich znam, bo za młodego – do 9 roku życia – mieszkaliśmy z mamą i z tatą w malutkiej kawalerce tuż obok, na tym samym piętrze w bloku. A sąsiadka to mi kiedyś uratowała życie, bo własna mama szykowała się do zabicia mnie na absolutną śmierć, kiedy spaliłam przypadkiem tę kawalerkę. Dawne czasy, wracam więc na stare śmieci... ! 1 listopada przeprowadzka od mamy, gdzie, ku mojemu zdumieniu, stosunki zaczęły się wreszcie układać. Aby jednak ich nie popsuć, to jednak pomieszkamy oddzielnie ;) Młodej ognisko udało się nadzwyczajnie. Był tort, który samiutka zrobiłam, nietypowy, bo z jabłkami, był pieczenie kiełbasek, szaszłyki upieczone sprytnie na dwóch rozpalonych w ognisku klocach drewnianych, sałatka, prezenty, straszne historie, napoje, pieczony chlebek, musztarda, keczup i opcjonalnie serek żółty. Profilaktycznie kupiłam worek drewna kominkowego, ale w sobotę rano pojechałyśmy najpierw nazbierać chrustu w lesie. Cały tydzień lało, wiatr i zimno, a akurat na ognisko Młodej pogoda się zrobiła super, jak na zamówienie. Niedaleko robią jakąś drogę leśną, wycinka i pełno rozmaitych drewek, klocków, gałęzi, konarów, do wyboru. Uzbierałyśmy, posortowałyśmy, przygotowałyśmy i naiwnie przyłożyłam do zgromadzonych zapasów kartkę z napisem „Uzbierane i zarezerwowane :)” Mama się tylko w głowę postukała, że zabiorą i tak. I co powiecie? Nikt nawet gałązki nie skroił. Wujek się śmieje, że to dlatego, że nikogo tam nie było, możliwe, ale jakbym ja zobaczyła takie drzewo, to na pewno bym nie wzięła, tylko uzbierała swoje. Siedzieliśmy do późna z Młodej koleżankami, aż do całkowitych leśnych ciemności. Raz jeden jakieś auto wjechało na parking z wyraźnym zamiarem ogniskowania, ale po ujrzeniu czeredy dzieciaków [Młoda i spółka], psów [Mireks] i dziadków [ja z wujkiem] zmienili zdanie. Na co dzień obserwuję z rosnącym zdumieniem zabawny stosunek Mirki do Młodej. Już o tym pisałam, ale to się jakoś uwidacznia coraz bardziej. Jak tylko wiadomo, że Młoda jest w pobliżu, to Mirka zmienia się w Anioła Stróża. Jak śpi to pyskiem do niej. Jak leży to tak, żeby ją widzieć. Gdzie idzie Młoda, tam idzie Mirka. Jak Młoda znika z horyzontu, Mirka jest wyraźnie zdenerwowana i sfrustrowana faktem, że jej nie ma, nie wiadomo gdzie jest i kto ją chroni. Jak Młoda zamknie za sobą drzwi, Mirka siedzi pod drzwiami i piszczy i drapie. Najwyraźniej uważa za swój psi obowiązek pilnowania Młodej na każdym kroku. Śpi wyłącznie z Młodą w łóżku, albo pod, jak jej się gorąco zrobi. Jak Młoda z koleżankami wczoraj skakały, bawiły się, grały w coś tam, to Mirka skrupulatnie z nimi pilnowała. Jak poszły się wzajemnie straszyć do lasu, to był wiadomo, że Mirki przy ognisku już nie ma – biega na orbicie 10 metrowej wokół dziecka. Nie chciałabym widzieć, co by było, gdyby Młodej groziło jakieś realne niebezpieczeństwo, chociaż Mirka tak się zachowuje, jakby była przekonana, że tak właśnie cały czas jest i tylko jej czujne towarzystwo chroni Młodą przed strasznym światem. Nikt jej do tego nie trenował jakoś specjalnie, tyle, że Młoda ją cały czas traktuje jak siostrę. Z Mamą lepiej. Z Tatą gorzej. O tyle fajnie, że po latach wrogości pogodzili się z siostrą, ciocią z Warszawy. Nie lubię konfliktów rodzinnych... odchudzam-sie 2011-10-23 12:13:57 skomentuj (4) zimno zaczyna być
Ilekroć siadam przed kompem, odbiegają mnie totalnie wszelkie myśli i jedyne na co mam ochotę, to sprawdzić, co tam u sławnych i bogatych, co też w necie za nowe memy powstały itd. A czas leci. No więc od tygodnia mieszkamy u mamy, co dzień, albo co dwa dni, dowożąc lub odwożąc rozmaite rzeczy z domu. Nie włączę ogrzewania nawet na minutę, dosyć się już energa napasła moim kosztem. Mama już ma wszczepiony kardiokonwerter defibrylator i po operacji jest bardzo słaba, już w domu, więc nawet dobrze się złożyło. Operacja jednakowoż nie złagodziła jej charakteru, więc wszyscy ciężko pracujemy nad codziennymi kompromisami. Cały wrzesień chciałam napisać z rozgoryczeniem w głosie, że czy do jasnej cholery nie mogła być taka pogoda latem? Na łąkach pokazały się maki i rumianki, aż miło patrzeć. Gorzej, że teraz je przymrozki ścinają... a w sobotę to wręcz w lesie grzybki były zmarznięte na kość. Dobrze, że jesteśmy w miejscu gdzie działa ogrzewanie... Ojciec w bardzo, bardzo złym stanie jest, cierpi ogromnie, ja nie wiem, jak mu pomóc. Jakiś kaznodzieja wieszczy, że 21 października będzie koniec świata. Ale by nam wszystkim kopary opadły, jakby akurat tego dnia wybuchł ten wulkan 4 razy większy od tego sprzed roku, który to podobno szykuje się do wybuchu. A Młoda na urodziny zażyczyła sobie ognisko z rozrywkami i tortem. Zajeżdżę się, a zrobię... Młoda jest mi ogromną pomocą na co dzień, i świetną przyjaciółką, jednak zaczyna wykazywać oznaki jakiejś, nie wiem, zaborczości, troski przesadzonej do maksa, nie wiem, czy grzeszę, ale chciałabym, żeby miała przyjaciół w swoim wieku. Nie wiem, może to gimnazjum tak na nią działa? Mnie jest z tym bardzo dobrze, miło i wygodnie, ale mam wrażenie, że im później wkroczy w okres buntu, tym trudniejszy on dla mnie będzie. Czy ktoś wie, jak zrobić szaszłyki na ognisku? Jedyne co mi przychodzi do głowy to grabie... Po wyborach.. no cóż, wynik Palikota był interesujący, ale szkoda jednak, że nie większy, bo wtedy powstałe koalicje byłyby ciekawsze. Wierzę w jego sukces za 4 lata. Akcja z krzyżem – super. Polska całe wieki była ostoją tolerancji, miejscem, gdzie żyły zgodnie wszystkie wyznania świata, a raptem od wojny stała się ultra katolicka. Jak już wieszają krzyż, to niech powieszą wszystkie inne symbole też. Gardzę tymi tchórzami z SLD, którzy teraz zgodnie stwierdzają, że im nie przeszkadza. Mnie teoretycznie też nie przeszkadza, ale jest jakimś symbolem dominacji kościoła katolickiego w Polsce. A jeden z posłów powiedział coś w tym stylu, że jemu nie przeszkadza, ot bezużyteczny kawałek drewna wisi. I to jest to, co powinno obrazić katolika, że święty dla niego symbol jest dla drugiego bezużytecznym kawałkiem drewna! Zamiast trzymać te swoje krzyże w miejscach dla nich przeznaczonych, to wieszają byle gdzie i tak oto potem następuje w szybkim tempie dezawuacja symboli religijnych. Ale co ja tam gadam, znam się na tych religiach i uczuciach wszystkich jak kura na pieprzu. Z zainteresowaniem czekam na kolejne wyczyny. A na poniedziałek wierzące święcie w mamine umiejętności dziecko zgłosiło mnie na ochotnika do pieczenia ciasta na otrzęsiny, ależ to wyzwanie, nie mogę sobie pozwolić na wpadkę, zakalec czy coś. Nie znam mamy piekarnika, jutro zrobię jakieś próbne ciacho na blachę, do pracy wezmę, żeby nie kusiło. odchudzam-sie 2011-10-18 21:41:53 skomentuj (7) |