| "mężczyzno, kiedy ranisz kobietę, pamiętaj, że zwykle stoją za nią jej przyjaciółki. Ona sama nic Ci nie zrobi, ale one, jak cholerna drużyna, przypuszczalnie powieszą cię za jaja" |
![]()
::księga
gości:: Tagi |
odchudzam-sie
Z różnych powodów nie zdążyłyśmy na rajd. Tzn zdążyłyśmy, ale na sam wyjazd. Na myśl o gonieniu za tymi kolarskimi wariatami poczułam niechęć, bo nie na tym polegają moje ulubione wycieczki rowerowe, mój rower nie da rady, i ja też. Więc wyruszyłyśmy na poszukiwania drugiej strony rzeki :) i znalazłyśmy! W końcu, po wcześniejszych miesiącach krążenia, pytania ludzi, udało się. Niestety droga tam nie jest fajna, sporo prowadziłyśmy rowery po piachu, i w sumie nie ma nic ciekawego. Ale znalazłyśmy! :) Ale tydzień wcześniej, jak zobaczyłyśmy z naszej skarpy, ze po drugiej stronie rzeki ktoś idzie, to już nie biegiem – aby uniknąć znowu jakiejś wpadki ze stopami – tylko pomalutku się zsuwałyśmy, drobiąc, przebierając i nawiązałyśmy rozmowę przez rzekę, jak w kawale o przechodniach w Nowym Jorku, „HALOOOOO JAK PAŃSTWO SIĘ TAM DOSTALIIIIII?” Teraz trzeba będzie sobie wybrać inny ambitny cel na lato :) Bo nie wiem, czy mamy lecieć, czy nie… bilety są teraz w astronomicznych cenach, może wyślę samą Młodą? A ja potem pojadę… Nie mogłam ich kupić wcześniej, Tato miał nawrót raka i nie wiadomo było, czy … a i w ogóle. Szkoda. Powinnam była kupić w ciemno, bo i tak wiadomo, że musimy papiery podbić. Boże, ja czuję, że w końcu nam zabiorą te zielone karty, jak tak sobie będziemy na wakacje jeździć… Słowotok dla wytrwałych: Jestem w połowie kopenhaskiej, i dzień w dzień, a raczej noc w noc śni mi się kebab. Piję kawę, której nienawidzę. Muszę to jakoś przewalczyć, bo ta kopenhaska to tylko wstęp do zbilansowanej, mocno uszczuplonej diety, jaką kiedyś prowadziłam. Tym razem muszę schudnąć do 55 i nie ma dyskusji. Moją zgubą są słodycze i przepyszne kanapki, załadowane serem, sałatą, rzodkiewką, ogórkami, szczypiorkiem, które mogę rąbać non stop. Myślę, że jestem chora na umyśle, jedna z tych straszliwych chorób, uzależnienie od węglowodanów może, albo wbudowany w umysł wzorzec żarcia i upodobanie do tej przyjemności, jaka wynika ze zjedzenia czegoś pysznego, chociaż przecie to bardzo doraźna i chwilowa przyjemność. To tak jak szczur w klatce, który nauczony, że po naciśnięciu klapki dostaje drutami do mózgu uczucie orgazmu, naciska klapkę i umiera z rozkoszy, tak ja, przywiązana do chwilowych przyjemności, dążę do własnej zguby, skacząc wagowo z góry na dół, z dołu do góry, z jednej diety w drugą, ograniczona ruchowo przez ten posrany kręgosłup, któremu nota bene sama jestem winna. A propos, myślę, że chwilowo kręgosłup dał mi spokój, nie ma już strzałów bólu w nogę, może dlatego, że przyuczyłam się nie robić tych złych ruchów, a może dlatego, że stan zapalny minął, alleluja! Bo skierowania do sanatorium mi odmówili. Napisałam odwołanie, nafaszerowane oczywiście złośliwościami i sarkazmami, ale tym bardziej nie sądzę, aby to coś dało. Zapiszę się chociaż na to NFZowskie skierowanie, poczekam 2-3 lata, minie jak z bicza strzelił, dopłacę do zabiegów, ale co tam J Kiedyś będzie jak znalazł. Ale poza tym wszystko jest naprawdę OK. :) Młoda w gimnazjum finiszuje bardzo, bardzo dobrze, jestem z niej dumna, zachowuje daleko idący rozsądek, nadal czekam z drżeniem na odchyły zachowania związane z dojrzewaniem, bo chyba lepiej prędzej niż później. Bo w to, że wcale, to nie wierzę. A im później tym gorzej, stwierdzam po swojej młodości:) Jeździmy rowerami, ile się da, znalazłyśmy nową, ciekawą ścieżkę dla rowerzystów, ZNALAZŁAM MAŚLAKI!!!! Ale tylko w jednym miejscu, szkoda, bo oczyma wyobraźni już widziałam koszyki wypełnione. odchudzam-sie 2012-05-27 09:24:51 skomentuj (0) panta rei
Zaczynam odczuwać w sobie jakąś zmianę. Nie wiem, czy to chwilowe, czy na dłużej. Przede wszystkim, nie ciągnie mnie już do kompa. Kiedyś potrafiłam siedzieć godzinami w necie, albo przy filmie, przy rozmowie z kimś ciekawym. Do późnej nocy, do świtu, a potem chodzić jak radosne zombie. Czasem nawet grałam w jakąś grę! A teraz? Komp głośno chodzi, głośniki uszkodzone, outlook się wysypał, nie chce mi się walczyć ani myśleć. Ale za to na imieniny dostałam piękną wieżę, więc tylko zgrywam co chcę na pendrive'a i słucham. No właśnie, słucham. Ale nie już nie ukochanego komercyjnego chłamu jak przez parę dobrych ostatnich lat, już nie czystego techno na zmianę z klasyką, ale zaczynam wracać do starości, począwszy od lat 50. Klasyka została. Młoda tylko oczami wywraca. Jak potrzebuję jakiś film obejrzeć, to na komórce służbowej w zupełnosci wystarczy - teraz zresztą tłukę kolejny, 17 już sezon Ryzykantów. Fajne to. Samochodem jeżdżę wolniej niż wolno i wszystko mam wdupie. Ostatnio byłam świadkiem 2 stłuczek, mało mnie to obeszło poza tym, że całe szczęście, że to nie we mnie cymbał wjechał. Majówka
Długi weekend skutecznie zniweczyła mi Szanowna Pani Główna Księgowa, na 2 miesiące przed nią oznajmując mi w oficjalnym mailu, że jestem w składzie komisji inwentaryzacyjnej. Nie miało więc sensu planowanie czegokolwiek, tym bardziej, że żal mi było kasy. Im więcej kasy mam odłożone, tym bardziej szkoda mi ją naruszać, tym bardziej, że to kasa na ewentualny wylot za ocean nie wiadomo kiedy. Ale może być w każdej chwili. A szkoda, bo pogoda jest/była piękna tej wiosny... A majówka, jako się rzekło, w pracy. Barcelona
Barcelona jest przepiękna. Ma w sobie takie coś, co czyni ją troszkę lepszą Polską. Nie ma tak wstrząsającego kontrastu, jak np. Polska a Stany Zjednoczone. Wygląda swojsko, ale lepiej, przyjaźniej. W zasadzie chyba zacznę szukać jakichś tanich biletów i jeszcze tańszych noclegów, żebyśmy mogły tam pojechać z Młodą na spokojnie i zobaczyć cokolwiek, bo to mignięcie, które miałam, ciężko nazwać chociażby namiastką zwiedzania. Podróż zaczęła się w poniedziałek o 3 rano, jechałam z koleżanką K. busem do Szczecina i dalej, po szybkiej przesiadce, do Berlina. Na Targach wszyscy się dziwili, bo Polska generalnie leciała z Warszawy jednym samolotem i wracała jednym, więc to był tak jakby wesoły autobus. Ale nam naprawdę o wiele szybciej i wygodniej z Berlina… Miałam pierwotnie w planach jechać służbowym autem, ale byłabym wymęczona, po wszystkim jeszcze musiałabym się martwić o odstawienie zatankowanego i wysprzątanego auta do firmy, że nie wspomnę o pamiątkowych fotografiach i możliwościach pobłądzenia, chociaż w sumie to ciężko zabłądzić, jak to jest parę setek kilometrów prostą drogą. Kierowcą busa był przepiękny młody człowiek, z twarzy tak piękny, że nie umiem znaleźć innego słowa. Niestety czar prysł, kiedy się szeroko uśmiechnął. Tak, nieszczęsna czwórka. Całe szczęście, mogłam na spokojnie wytrzeć cieknącą ślinę i podnieść szczękę. W Berlinie o 8, samolot o 11, droga minęła całkiem spokojnie. Jako maniaczka organizacji miałam wszyściutko rozpisane. Wiedziałam więc o REWELACYJNYM wynalazku, tj. Aerobusie, który odchodzi z lotniska co 5 minut przez cała dobę i za małe pieniądze jedzie aż do samego centrum, a nasz hotel był 150 m od ostatniego przystanku na Placa Cataluna. Tzn ja nie wiedziałam, że to takie centrum, aż nie dojechałyśmy na miejsce. Trochę to tak było, jakbyśmy mieszkały tuż koło Sukiennic w Krakowie. Pokój okazał się stodołą wysoką na jakieś 6 m, zimną stodołą. W Barcelonie była pogoda mniej więcej taka jak u nas, chłodno, a mimo to PALMY i widziałyśmy papugę! Pewnie tak po prostu trafiłyśmy. Komunikacja miejska świetnie oznaczona, bardzo dobrze rozwinięta, taksówki miejskie jednolicie oznaczone, parę razy jechałyśmy i nawet za przejechanie Barcelony w poprzek w środku nocy nie zapłaciłyśmy nawet 15 Eur. A podejrzewam, że za przejechanie Warszawy w poprzek w nocy musiałabym dać ze stówę, o ile trafiłabym na uczciwą taksówkę. Po rozpakowaniu się wyszłyśmy coś zjeść, trafiłyśmy na zabawnego polskojęzycznego kelnera. Po czym postanowiłyśmy iść zwiedzać. Niestety zrobiło nam się zimno – wracamy więc po kurtki. Po zjedzeniu jednak tak nas rozłożyło zmęczenie, że padłyśmy spać. Wstałyśmy akurat na pierwszą imprezę. Schemat wszystkich imprez, na których byłyśmy, był taki sam – woda, wino, konwersacja, przystawki, wino, konwersacja, bułeczki, wino, konwersacja, długo nic, danie z ryb, wino, konwersacja, długo nic, konwersacja, wino, danie z mięsa, wino, konwersacja, wino, długo nic, deser, wino, konwersacja i w nogi. Można umrzeć z przejedzenia, bo gdyby zjeść wszystko naraz, to człowiek by się najadł po rybie, a tak to dopychałyśmy się i to wszystko było rozciągnięte w czasie. Jedzenie hiszpańskie pycha. Można zdecydowanie przekonać się do owoców morza. We wtorek i środę od rana do późnego popołudnia targi, a wieczorem na zaproszone imprezy. Usłyszałam o sobie ogromny komplement, wygłoszony z mocnym przekąsem przez jednego z dostawców, mianowicie zostałam nazwana Cenowym Killerem, dla mnie rewelacja, powinnam iść do szefowej po podwyżkę ;) Jedna z imprez miała miejsce w nocnym klubie to wybawiłam się po prostu setnie, była tam masa ludzi w moim wieku, muzyka taka jak lubię, czyli najnowszy komercyjny chłam, nie miałam pod opieką dziecka, ani auta do prowadzenia, mogłam pić darmowe wino w dużej ilości, jakieś przekąski były, zero zaćpanych małolatów i roznegliżowanych, wpędzających w kompleksy panienek, korzystałam z możliwości dzikiego tańca ile mogłam i to było na tych Targach najlepsze:) Ze wszystkiego najlepszy był powrót. W czwartek wczesna pobudka, śniadanie z pierwszą turą o 7:30, szybko do Aerobusu i na lotnisko. Tak pomyślałam, że jak o 9 będziemy na miejscu, a odlot o 10:35 to wystarczy. Jednakże w swoim genialnym planowaniu nie wzięłam pod uwagę godzin szczytu, więc na lotnisku byłyśmy kwadrans po 9. Wszystko byłoby świetnie, gdyby się nie okazało, że to niewłaściwe lotnisko, a raczej jego część :D kolejny kwadrans na znalezienie busa i dojazd na właściwy terminal, przy czym ponownie wysiadłyśmy na niewłaściwym podterminalu właściwego terminala. O 9:45, zmachane jak konie, spocone, czerwone, z lekka już podenerwowane, odprawione, znalazłyśmy się pod właściwą bramką na pierwszej pozycji. Po czym się okazało, że koleżanki walizka, wypchana folderami, próbkami, katalogami i materiałami reklamowymi z targów - nie wchodzi do koszyka. Koleżanka, władająca angielskim gorzej niż ja, wyjęczała, Ola, pomóż mi, co ja mam zrobić! Walizka, z tego co słyszałam, i tak była przeznaczona do zniszczenia, jako stara, więc postanowiłyśmy ją zniszczyć od razu poprzez wyłamanie kółek. Oczywiście się nie udało. Poszłam do sklepu, szukać młotka, albo innego ostrego, twardego narzędzia. Nic. Poprosiłyśmy młodego, napakowanego człowieka o pomoc w zniszczeniu walizki. Facet się zaparł, zasapał, spocił okrutnie, odpruł stelaż od walizki, ale nie zniszczył jej w stopniu wystarczającym. Walizka, papierowa, chińska, najtańsza, okazała się dalece odporna na ręczną destrukcję. K, klnąc pod nosem, wyłożyła 50 Eur dopłaty, odgrażając się, i słusznie, że dołoży to do rozliczenia delegacji.Na pokład weszłyśmy oczywiście jako ostatnie. Po wylądowaniu biegiem na busa i po małych perypetiach jeszcze po drodze wylądowałyśmy w domu, roześmiane, rozbawione, ale zadowolone z wyprawy, a ja dodatkowo przeziębiona, z mocnym postanowieniem powrotu do Barcelony celem zobaczenia jej dokładnie. I tyle :) odchudzam-sie 2012-04-21 14:24:03 skomentuj (19) nieobecna/out of office
W nocy z niedzieli na poniedziałek o 2:30 wyjazd, nie wiem, czy jest sens się w ogóle kłaść spac;) Busem do Berlina, potem samolotem. Poniedziałek wieczór, uroczysta kolacja, wtorek wieczór, dwie kolacje, z czego jedna w Muzeum jakimś cudnym, a druga w nocnym klubie, w środę jeszcze jedna. Byłam na tę okoliczność dziś odwiedzić parę sklepów i przypomniała mi się stara nienawiść do własnego tłustego cielska. Niemniej udało mi się znaleźc parę fajnych ciuchów, NOWYCH. A ponieważ neurochirurg powiedział mi własnie dziś jasno - "albo Pani schudnie, albo proszę szykować się do kolejnej operacji", więc mam nadzieję, że uda mi się tego ZNOWu dokonać, szkoda tylko, że wspomagaczy już nie ma. UDA SIĘ. Musi się udać. Po powrocie :) wiosna
W lasku miejskim wyrosły takie charakterystyczne białe kwiatki, co prawda to wciąż nie jest biały dywan, ale już, już , prawie, i od dziś jest BOCiAN! w dyżurnym gnieździe po drodze do pracy, to znak, że na bank już wiosna. Alleluja, kurde, bo chociaż ta zima bardzo łaskawa dla mnie była, ciepło, to mieszkanie, mało śniegu i w ogóle, to jednak wolę ciepło niż zimno i czas już na wiosnę. Już nie panna z odzysku
Ponieważ już od jakiegoś czasu mój celibat jest przeszłością, czas ustabilizować sytuację. W przyszły poniedziałek zmieniam nazwisko :) Uroczystość będzie w gronie rodzinnym, ale chętnie przyjmę tu życzenia.
Nowy remont cz.2
Remont trwa. Zeszły tydzień spędziłam na zasięganiu rad, wybieraniu, dyskusjach ze sprzedawcami, ale w końcu udało mi się osiągnąć, co chciałam. U mamy już w sobotę w jednym pokoju piętrzyła się góra nowych sprzętów, włącznie ze srebrną kuchenką. W poniedziałek wkroczył pan od remontu. Liczyłam na znajomego, ale ze znajomymi to się dobrze na zdjęciach wychodzi. Całkiem przypadkiem udało mi się znaleźć fachowca, zaśpiewał niedrogo, a pracuje baaardzo przyzwoicie. Jutro wkracza stolarz i dopiero będzie jazda bez trzymanki. Na piątek po południu kuchnia powinna już stać w całości, alleluja! Tyle rzeczy mogło się nie udać, a na razie wszystko gra, odpukać. Ja chyba załatwianiem dla ojca gorsetu wywołałam wilka z lasu. Po 5 zabiegach z prądem poczułam wyraźne pogorszenie sytuacji z kręgosłupem i wpadłam wręcz w histerię – zaczęło boleć jak kiedyś, przy zgięciu, skręcie, a w poniedziałek to ledwo wpełzłam, bo inaczej tego bym nie nazwała, na to nasze 4.piętro. Za zabiegi podziękowałam i już po 3 dniach bez zabiegów się poprawiło, mam więc nadzieję, że to był chwilowy stan zapalny, wywołany tymi posranymi diadynamikami czy interdyny, a nie nawrót tego, co było – muszę być bardzo ostrożna. Wzięcie do ręki czegoś więcej niż torebka z portfelem i śniadaniem w środku wywołuje wredny ból, więc jeśli chodzi o pomoc mamie w domu, poza organizacją wszystkiego, to mnie reprezentuje dziecko. Na basen chodzę wieczorem, jest ok., trochę pływania na pleckach, trochę gimnastyki. Od poniedziałku zaczynam masaże. Och, żeby tylko nie kolejna operacja, bo tego bólu wściekłego drugi raz nie zniosę. Na wszelki wypadek umówiłam się do neurochirurga, prywatnie za 3 tygodnie, państwowo w listopadzie. Paranoja jakaś… A ciekawe, czy by mi się nie udało zorganizować jakoś skierowania do sanatorium… Już tam by mnie naprawili. A Młoda sama ma kłopoty. Kiedy w październiku zerwała ścięgno, na zdjęciu się okazało, że ma jakieś zbędne wyrostki przy kostce od wewnątrz i one ją coraz bardziej bolą. Wtedy ortopeda powiedział, że jak zakończy się jej rozwój kostny, to trzeba je będzie operacyjnie usunąć, ale ja nie jestem pewna, czy nie trzeba będzie robić tego wcześniej. Młoda nie odpuszcza, walczy dzielnie, chodzi na piłkę ręczną dodatkowo, na step swój ulubiony i nie przyjmuje do wiadomości, że w ten sposób może powoduje dalszy ból. Jutro wzięłam wolne na okoliczność stolarza i występu Młodej w szkole, to po południu pójdziemy zająć strategiczne miejsce w kolejce do ortopedy. Kobita prawie taka jak ja, zaraz będzie wyższa, mądra, dobrze ułożona, gaduła, silna, zaradna, ale ja nadal z rozczuleniem myślę o niej „Maluszek”.To będzie wspaniała kobieta, życzę jej, aby spotkała kiedyś jakiegoś fantastycznego faceta, kochającego ją i szanującego, żeby była szczęśliwa w życiu i miała dużo dzieci [w swoim czasie, byle nie za późno].
odchudzam-sie 2012-03-28 23:27:57 skomentuj (6) Nowy remont
Na wiosnę mnie zawsze wena ogarnia. Tym razem postanowiłam uszczęśliwić Mamę, która od dawna narzeka na stare meble w kuchni. Ponieważ od równie dawna deklaruje gotowośc do ponoszenia wydatków, no to kurde... czas zacząć zabawę, kocham te organizacyjne rozrywki. olej po krewetkach, czyli chytry dwa razy traci, a leniwy dwa razy robi
Pewnego razu postanowiłyśmy z Młodą zrobić sobie krewetki – w Stanach jadłyśmy je poczęstowane, jako rodzaj rodzinnej tradycji, jedna mała knajpka, która robi je najlepiej, no ale koszty, wiadomo. No ale cóż stoi na przeszkodzie zrobić je w domu – kupiłyśmy mrożone na wagę, przygotowałyśmy duuużo oleju i znalezioną w schowku frytkownicę, ciasto naleśnikowe ciut gęstsze i jazda. Krewetki wyszły obłędnie, jedna miała jakieś 3 tysiące kalorii, ale pikuś tam. Ponieważ ja się nie znam na tych maszyneriach, musiałam zużyć naprawdę dużo oleju, który potem został. Więc po wszystkim przefiltrowałam go przez podwójną czystą ścierkę, wlałam do 2 wiaderek i pomału zużywałam, no kurde, szkoda, żebym wylała olej za 9 pln/l. No i ostatni otworzyłam drugie wiaderko. Po czym je zrzuciłam na ziemię. Za kuchenką, za rozsypującą się szafką. Wskutek nierównej podłogi, alleluja, na szczęście trochę wyleciało, ale została do umycia jakieś pół metra ściany do umycia i bóg wie ile oleju pod kuchenką i pod / za szafką. Nie znam niestety dokładnej skali zniszczeń, albowiem boję się cokolwiek ruszyć, kuchenka wiekowa, szafka rozsypująca się, stoją w tym miejscu od wielu, wielu lat, a co najmniej od 3-4, kiedy wyjechała właścicielka. A pewnie nie ruszała mebli przed wyjazdem, jako, ze to babcia. Inna sprawa, że nie mam gdzie ich przesunąć, bo kuchnia malutka, zastawiona rozsypującymi się klamotami i musiałabym totalnie wszystko wystawić na korytarz, żeby się tam dostać.Nie wspomnę tu o moim biednym kręgosłupie. Ja pierdzielę, jak ja teraz mam ciasto upiec, a jak mi to wszystko stanie w żywym ogniu?Jak ten olej wydobyć stamtąd? A i jeszcze coś. "Prawo Agaty". W pierwszym czy tam drugim odcinku pokazano faceta, bogatego faceta, którego żona zdradziła z kierowcą, dziecko powstałe z tego związku zostału uznane za dziecko tego bogacza, a bohaterką odcinka była prawniczka, która wywalczyła dla tego kierowcy prawa rodzicielskie, a kierowca i żona bogacza żyli długo i szczęśliwie. KURDE! Czy ktoś pomyślał o tym bogaczu? Nie dość , że został upokorzony zdradą żony, którą utrzymywał całe życie - i to z kim, personelem niższym, kierowcą, potem okazało się, że jego syn nie jest jego synem, po czym żona zabrała i siebie, i dziecko i poszła sobie, zostawiajac go bez syna, na lodzie. I został on pokazany jako bezwzględny cham, stojący na drodze szczęścia żonki i kierowcy. Kurde, kto tu jest ofiarą? Widzę, że za bardzo przeżywam te seriale ostatnio. Dojdzie do tego, że będę M jak barwy życia oglądać.
Jakoś poodsuwałam te szafki i wymyłam podłogę, zgodnie z moimi przewidywaniami zarośniętą brudem od wielu lat. Horror. odchudzam-sie 2012-03-11 12:21:14 skomentuj (4) Mirka ma brodawczaka wirusowego
Wbrew swoim przekonaniom skusiłam się na polski serial, a mianowicie Komisarz Alex na TVP1. Oczywiście wyłącznie ze względu na psa. Już tam pikuś, co piszą, i mają rację, że skąd u takiego młodziaka wysoki stopień, wypasiony wóz i jeszcze bardziej wypasiona chata. Ale do szewskiej pasji doprowadza mnie, że pies w domu ma na sobie kolczatkę. Zdjąc pieskowi to cholerne żelastwo! pies nie powinien nosić ciagle kolczatki, bo traci na nią wrażliwość. Po co ma się mu wycierać sierść na szyi, po co zbliznowacenia? Biedny Alex nosi tę kolczatkę non stop, w domu, w łózku, na służbie, bez sensu. Mirka nosi obrożę skórzaną, czerwoną, a kolczatkę ma na wszelki wypadek. Teoretycznie do lekarza. Amerykańska babka
Nie wiem od czego zacząć, więc wstawię przepis na zajebiście przepyszną babkę amerykańską. Uwaga – jak każde ciasto dla tych, co nie zważają na kalorie. Ciasto jest obłędnie przepyszne i smakuje każdemu. Myślę, że jest w środku jakaś kombinacja składników, która uzależnia. Cały przepis był na półtorej podanej pod spodem porcji, taka hojna amerykańska dawka dla tłuściochów, my się odchudzamy, więc ją zmniejszyłam do 2/3 i wychodzi prodiż z kominem, albo długa keksówka. Na pewno kawałek ma o 1/3 mniej kalorii ;) Przepis jest tajny, więc nikomu nie mówcie. Składniki: Serek Philadelphia 150g. Ja tam zastępczo używam każdego serka śniadaniowego, oczywiście bez szczypiorku, ziół, czy czosnku, raz dałam serek homogenizowany słodki i też było dobrze. Innym razem dałam twarożek sernikowy z wiaderka. Serka raczej więcej niż mniej. Oczywiście jak ktoś ma ORYGINALNOM FILADELFIE to w ogóle luksus. 4 jajka 2/3 kostki margaryny + 1/3 masła, albo inna dowolna kombinacja, byleby razem było 200g 2 szklanki cukru 1 ½ szklanki mąki + ½ szklanki mąki ziemniaczanej, albo inna kombinacja, byleby trochę tej ziemniaczanej jednak dać. 1 łyżeczka proszku do pieczenia – wiem, że wygląda dziwnie mało, ale wystarcza, nie wiem jakim cudem.
Teraz co robimy: Najpierw ucieramy serek, miękkie masło, margarynę, cukier + cukier wanilinowy. Mocno ucieramy. Potem dokładamy po 1 żółtku i nadal ucieramy. Jak ktoś ma mikser mobilny, czyli blender, to doskonałe ciasto do współpracy z dzieckiem. Potem dosypujemy [teoretycznie przesianą] mąkę z proszkiem do pieczenia. W międzyczasie wstawiamy piekarnik na 175*C, a dziecko niech przygotuje foremkę. Uwaga – mała keksówka będzie za mała. Teraz szybko ucieramy 4 białka z odrobiną soli – ta sól jest bardzo ważna, bo troszkę przełamuje smak. Oczywiście dodajemy do ciasta i ręcznie mieszamy. Ja do części ciasta, mniejszej części, dodaję trochę kakao, i rozkładam fantazyjnie na dnie foremki. Albo na wierzchu ciasta. Uwaga – ciasto wychodzi b.gęste, a część z kakao jest jeszcze gęstsza. Trzeba je rozkładać łyżką i spychać paluchem. Pieczenie – w oryginale 30 min w 175st i godzinę w 165st. Ponieważ mój piekarnik nie dopieka, a ciasta jest mniej, więc wychodzi to samo, ale Wy sobie sprawdzajcie patyczkiem. W międzyczasie robimy lukier – sok z połówki cytryny i cukier puder. Musi być cytryna. Jak ciasto wystygnie trochę, to wywracamy je do góry nogami i smarujemy tym lukrem po dnie, który teraz jest wierzchem ciasta. Jezu, jaki odjazd to ciasto…! Niech ktoś zrobi i powie, że pyszne wyszło. A jeszcze z tym lukrem cytrynowym, och... Mamy na klatce schodowej wywieszone sznurki do suszenia bielizny. Tradycję tych sznurków wprowadziła moja mama 40 lat temu i do dziś się trzyma. Nie wszyscy wieszają, ale na pewno ktoś jeszcze prócz nas. Pranie schnie bardzo szybko. Ostatnio zgarnęłam co było, poprasowałam, rozdzieliłam. Młoda przyszła z reklamacją, że to nie jest jej koszulka, o, kurde. No to rozwiesiłam ją uprasowaną na klatce i nikt jej nie chce teraz odebrać…Było zebranie w mieszkaniówce dziś, 2 godziny dyskusji i pieprzenia, wynikło z tego jak zwykle, że nie mamy pieniędzy, a nawet jakbyśmy mieli, to właściciel większościowy, czyli miasto, nie ma dokąd wykwaterować swoich menelskich lokatorów, bo gdziekolwiek by się ich wykwaterowało, tam zaraz zrobią meliny od nowa. Koniec. Wszyscy czekają bez specjalnego zniecierpliwienia, aż się wszystko zawali. Muszę sprawdzić, do kiedy mam mieszkanie ubezpieczone. Z drżeniem czekam na kwiecień, bo nie mam jeszcze wieści, czy możemy tu zostać na dłużej. Zrobiłam sobie krzywdę, bo zaparłam się na Szóstkę Weidera. Oczywiście po tygodniu skrupulatnych ćwiczeń szlag mi trafił kręgosłup, bolesne strzały w lewą nogę. Dałam se siana z tą szóstką, zapisałam się w końcu na zaległe masaże i jakieś tam lasery, no i chyba dodatkowo na gimnastykę leczniczą na naszym basenie szpitalnym [do pasa], niestety płatną. Ale chwilowo jestem nie do życia, a na pewno nie do skrętów. Chodzę, kucam, siadam połamana, jakbym miała kij w dupie. Na piętrze pojawił się bezdomny. To podobno syn właścicielki mieszkania, która jest w szpitalu. Nie ma z nią kontaktu, zresztą to nie moja sprawa, nie znam nawet nazwiska. Jednak nie jestem zupełnie odporna na nędzę, więc od kilku dni zanoszę facetowi termos z herbatą, jakieś jedzenie i trochę owoców. Nie śmierdzi od niego wódką, jedynie brudem i biedą. Strasznie zaniedbany. Siedzi pod drzwiami i czeka, a w nocy leży, śpi i czeka. Jak pies. Nie zaczepia nikogo, nie odzywa się, nie przeszkadza, nie awanturuje.
odchudzam-sie 2012-03-06 20:35:59 skomentuj (16) Wujek Edek nie żyje
Znienacka umarł Wujek Edek. To taki super wujek z 3miasta. Tzn dawno sie nie widzielismy, ale z dziecinstwa pamietalam go jako wujka srogiego, ale pelnego humoru, co to krzyczal mocno, ale mial dobre serce. Cale zycie palil jak smok, a teraz zmarl na raka pluc. Bylam w sobote na pogrzebie. Spotkalam sie z rodzina. Żałuję bardzo, że nie wzięłam Młodej ze sobą, ale musiała zostać z mamą, która bardzo źle to zniosła i nie była w stanie jechać. Szkoda, wielka szkoda, ze ta nasza rodzina mieszka tak daleko, i ze strony mamy, i ze strony taty, wszyscy po Polsce rozsiani. A to są fajni ludzie i chciałabym być bliżej ich wszystkich i mieć stały kontakt na co dzień. Nie lubię mieć małej rodziny. Chyba m.in. dlatego zapisałam się do chóru, żeby czuć przynależność do jakiejś większej grupy. W każdym razie Wujek Edek fajny był i dzięki niemu byłam na cudownej wycieczce do Bułgarii za młodego. Nikt z rodziny nie jest wierzący, Wujek Edek wyganiał każdego klechę, co mu się pod nogi wpatoczył, weszliśmy do kaplicy, gdzie stała urna z prochami, a tam! Kółko Różańcowe zaczęło klepać zdrowaśki. Wszyscy byli zdumieni, bo absolutnie nikt takiej "uslugi" nie zamawial, ale nikt nic nie powiedzial, wszyscy siedzieli w milczeniu. W koncu ksiadz, znajomy rodziny, nie wytrzymal poirytowanych westchnien w powietrzu i przerwal różaniec w poł słowa. ISTJ
Opętana obsesją kontrolowania introwertyczka z brakiem z zakresie negocjacji, żebrząca o akceptację otoczenia. Tyle mi wyszło z testów psychologicznych. ISTJ jak strzelił, z mocnym naciskiem na S. Ciekawe jak to się ma do burdelu na moim biurku, który znika tylko raz w tygodniu, w piątek po południu, zgodnie z umową z panią sprzątającą. Nadawałabym się może na komunistycznego kierownika, co to się sztywno zasad trzyma, ale nie na pełną kreatywności osobę, mającą wymyślić sposoby na oszczędności w firmie. Zastanawiam się tylko, czy to jest to jaka jestem, czy tez tak chcę być postrzegana i do jakiego wizerunku dążę. Bree Van De Kamp... Marchewka
Zaczęłam wyglądać jak czarownica, więc zrobiłam sobie włosy na piękny, rudy kolor. Nie jest to tak ognisty rudy jak kiedyś, ale stonowany, kasztanowy rudy. Oczywiście nadal wyglądam jak czarownica, ale teraz przynajmniej nie widać mnie z daleka. |