::księga gości::

światowo
postcrossing

lekko
skomentuj
jak schudłam

stanowczo
nie linkuję czarnych blogów z białymi napisami - bo nie

ciekawie
dintojra
foksal
DS
BabyBoom
Radziecki Termos
prawdziwie ostry dyżur
Amabilis
PS
segritta
celebrities again!
ulga dla dorosłych
alrisa
kot wspanialy
seszele
maldinka
sheena
Malkontentka
Droomland
Blog reklamowy :)
kurde co ja tu...
Lewy Hak
Sistermoon
Biurwokracja
Kizia
normalna
stoprocent
Karrotka
conieco
whoever
od rana do wieczora
paszczur
TUV
wektor
thea
jbk

bloguj się
Wejście

2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Tagi

krótki był ten wyjazd.

Miałam dziś tę długo wyczekiwaną rozmowę o możliwym awansie i jakoś tego nie widzę, chyba ominie mnie to szerokim łukiem. Myślę, że dało się we mnie wyczuć pesymizm i brak wiary we własne siły oraz ogólny brak entuzjazmu do nadrabiania strat zakładu na innych polach kosztem ciężkiej pracy i wolnego czasu. Zobaczymy, za parę dni powinno się okazać.

Wyjazd minął jeszcze szybciej niż się spodziewałam. Psy w końcu mnie chyba zapamiętały, bo pierwszy raz nie rozdarły się jak wstałam o 1 w nocy, rześka i żwawa. W trakcie pobytu u ojca byłam z nim na zastrzyku wzmacniającym kości. Muszę powiedzieć, że całą tę sytuację on bardzo źle znosi – nie ma w nim ani krztyny „dzielności”. W sumie nie ma się co dziwić, mało kto bezstresowo wychodzi z bliskiego kontaktu ze śmiercią.

Jednego dnia spadło naraz ze 30 cm śniegu ,  nastał kilkunastostopniowy mróz i od razu zrobił się paraliż drogowy. Odwołali 813 lotów w całym okręgu, więc zastanawiałam się, czy przypadkiem nie będę miała przedłużonego pobytu, ale jednak nie. Droga powrotna pozostawiła po sobie całkiem inne wrażenie, stewardessy były o niebo milsze, młode, więc po prostu chyba jeszcze nie skażone obojętnością. Kierowana doświadczeniem wzięłam na drogę 2 jabłka i to była dobre decyzja. W samolocie zmusiłam się do zdrzemnięcia, udało mi się nawet i dzięki temu oszukałam naturę – wstałam o „swojej” pierwszej, nowej [starej] ósmej rano i tak jakby był już nowy dzień. 7 godzinna przesiadka, wypełniona głównie herbatą w Empiku pozwoliła mi ustać na nogach, błyskawiczny lot do Bydgoszczy, gdzie czekał już Wujek z Młodą, aż mi serce żywo zabiło na wspomnienie tego momentu, kiedy ich zobaczyłam. Do domu dojechaliśmy, z uwagi na bardzo niesprzyjające warunki, przed 23 i poszłam spać już w nowym czasie o normalnej porze. W sumie zmiana czasu wyjątkowo wyszła lepiej niż w drugą stronę.

Ojciec jest całkiem normalny w zachowaniu, ale czasami mam wrażenie, że jakoś inaczej odbiera rzeczywistość niż ja. Uważa za całkiem naturalne i oczywiste, że ja tam pojadę, i będę pracowała na spłatę ich domu, i Krysi pomogę w gospodarstwie, i będę z nim jeździła, i w ogóle. Czy on sam z siebie nie czuje niewłaściwości tego co mówi? Mam dwoje chorych rodziców, z czego jedno całe życie opiekowało się mną, ładowało we mnie kasę, wyciągało z każdego burdelu, w jaki się ładowałam, a drugie sobie bimbało całe dzieciństwo, potem wyjechało i bimbało na ojczyźnie, a następnie przypomniało o mnie, jak już byłam długo po rozwodzie, aczkolwiek też tak tylko doraźnie. Wybór chyba jest jasny. Musiałabym być kompletną świnią, żeby zostawić tu mamę, która wyraźnie tego nie chce i jechać do ojca.

Ale nienawidzę tego kraju i marzę o tym, aby być świnią.


odchudzam-sie 2012-01-26 18:52:44
skomentuj (4)


lotem straszniej

Jutro podam sklad bulki z samolotu.

PODAJE: bulka, ser, majonez schab. hehehehe. To  byl zart. Teraz podaje:

Ciabata ze schabem drobiowym i serem. Bulka ciabata: maka pszenna, woda, drozdze, sol, suchy [***costam] pszenny. Schab drobiowy z majerankiem: 14% filet z piersi drobiowej, woda, skorki wieprzowe, skrobia acetylowana, przyprawy smakowe, w tym majeranek, substancja zageszczajaca karagen, fosforan diskrobiowy, stabilizatory skrobiowo bialkowe, trifosforan pentasodowy, polifosforan sodu, mleczan sodu, wzmacniacz smaku glutaminian sodu, rybonukleotydy disodowe, bialkoo sojowe, bialko zwierzece, aromaty naturalne, aromaty przetworzone, przeciwutleniacze, glukoza, dekstroza, maltdekstryna, askorbinian sodu, substancja konserwujaca - azotyn sodu, PESTO MAJONEZOWE: majonez (woda, olej roslinny, cukier, zoltko jaja, skrobia, ocet, gorczyca, zagestnik - guma ksantanowa, konserwant - sorbinian potasu, regulator kwasowosci - koncentrat soku z cytryny, przeciwutleniacz - sol kuchenna disodowa, barwniki), sos pesto zielony (olej slonecznikowy, bazylia, orzechy, orzeszki pini, ziemniaki, cukier, sol kuchenna, regulator kwasowosci - lakton kwasu glukonowego, czosnek. WYROB SEROPODOBNY 10% - mleko odtluszczone pasteryzwane, tluszcz roslinny uwodorniony sol, stabilizator - chlorek wapnia, substancja konserwujaca - azotan potasu, kultury bakterii, podpuszczka mikrobiologiczna, barwnik - annato), PAPRYKA CZERWONA GRILLOWANA - papryka czerwona swieza, ocet balsamiczny - ocet winny, moszcz winogronowy, substancje barwiaca - karmel, przeciwutleniacz - dwutlenek siarki, czosnek swiezy, olej roslinny, bazylia, majeranek, cukier, sol.

 

Smacznego:)

Szczerze odradzam podroz LOT-em. To znaczy, hm. Jak za ta cene to jest jak najbardziej adekwatna kwota do jakosci uslug, wiec w sumie nie powinnam miec uwag, ale chyba nie wszyscy zaplacili promocyjna kwote, wiec powinni miec uslugi lepsze. Stewardessy stare I grube,przepraszam, ale wlasnie jestem w trakcie ogladania serial Pan.Am. I nasze stewardessy I stewardzi sa o kosmos dalej.  A raczej nizej. A jakosc uslugi to juz w ogole jakies nieporozumienie, nikt z obslugi nie jest jakos specjalnie zaciekawiony pasazerami I kazda czynnosc, ktora robia, jest machinalna I bez zainteresowania skutkami. Cokolwiek obsluga robi, w miedzyczasie jest pograzona w prywatnych rozmowach, bynajmniej nie dyskretnych. Film jeden wspolny dla calosci pasazerow, ale nie dal sie ogladac, bo sciezka dzwiekowa zjechana. Jedzenie wydawane z rzadka I niechetnie, hehe. Lazienka mniej wiecej tak samo zadbana jak lazienki w polskich pociagach. Mnie to szczesliwie malo dokuczylo, bo zajeta bylam swoimi sprawami, ale wstyd mi bylo przed ludzmi, zwlaszcza, jak zobaczylam, ze na styku 2 czesci wewnatrz samolotu cieknie woda wprost na podloge. W 2 miejscach, jeden tuz przede mna… oczyma wyobrazni zobaczylam od razu, jak pala sie jakeis przewody, samolot sie pali, panika, wszystko leci w dol itd, jednak szczesliwie wyladowalismy. Ale to bylo straszne, ta woda z sufitu… Ojciec przemilczal sprawe mojej metamorfozy, zarowno kolorystycznej, jak I wymiarowej, z czego wywnioskowalam, ze nie podoba mu sie. Trudno sie dziwic, mnie tez sie nie do konca podoba. Pogoda taka jak u nas, cale szczescie. Wytrwalam do 21, po naszemu to bedzie 4 rano, I wstalam o 4, calkiem niezle, uwazam :) Chyba przyzwyczajam sie do zmian czasu. Pare dni minie jak z bicza strzelil I zaraz bede z powrotem w domu.  

odchudzam-sie 2012-01-17 16:26:22
skomentuj (12)

niefart

Zajebiście po prostu. Akurat dziś, kiedy wyjeżdżam, mróz i śnieg musiał spaść. I akurat wczoraj zorientowałam się, że nie mam kompletu dokumentów - dowód, prawko i prawko amerykańskie, które bóg jeden wie po co noszę ze sobą, chyba dla jakiegoś wewnętrznego szpanu, że takowe mam. [Całkiem jak 150 milionów innych ludzi na świecie, faktycznie powód do dumy]. Ostatni raz miałam dokumenty w ręce w srodę, w bibliotece, wyrabiali mi nowa kartę, cywilizacja dotarła także i do nas. Potem byłam u fryzjerki robić odrosty. Więc albo tu, albo tu, albo nie wiem gdzie. Nikt mi na pewno nie ukradł, bo dokumenty były razem z telefonami, więc po pierwsze poszłyby telefony, a nadal są. Ale jak gdzieś wyleciały na drodze, chociaż mam kieszonkę zawsze zapiętą, to jezusie, żeby tylko nikt nie nabrał na mnie zadnych kredytów ani rat!
W poniedziałek już mnie tu nie będzie, ale zostawiam Młodej, która szczęśliwie ma ferie, obowiązek obejścia biblioteki, fryzjerki, Wydziału Ewidencji Ludności i Wydziału Komunikacji, i może jeszcze stary dom, może ktoś tam zaniósł do skrzynki pocztowej? Na policję już dzwoniłam...

fuck, fuck, fuck! Jestem tak zdenerwowana jak już dawno nie byłam...



odchudzam-sie 2012-01-15 09:20:52
skomentuj (8)


pierwszy długi weekend

To był cudowny długi weekend. Boże jedyny, jak bardzo mi brakowało jednego dnia ekstra, luźnego, spokojnego, tylko do wypoczynku! Sklepy zamknięte, więc nie było wewnętrznego przymusu pójścia zrobienia zakupów. Zaplanowałam na piątek likwidowanie choinki. Co prawda kolędy jeszcze u nas nie było [i nie sądzę, aby była], ani samą choinką się nie nacieszyłyśmy, ale w tygodniu zdecydowanie brak sił, czasu i chęci, za tydzień wylatuję, po tygodniu wracam, to będzie znowu niedzielny wieczór, kolejny tydzień, no to wyszłoby na to, że choinka będzie stała do lutego, a to za długo, nawet jak na nas;)

Całkiem na spokojnie spałyśmy do 8 rano, spokojnie śniadanko, ubrać się odpowiednio, rozebrać choinkę, podzielić bombki na nasze i tutejsze, no i zaczęła się jazda z samą choinką. Drzewko, wsadzone w wiaderko z kamieniami i piachem, wzmocnione i usztywnione filiżankami i kubkami, hojnie podlewane, zesztywniało na zawsze w 20 kg pełnym wiaderku. A igiełki ostre, kłujące… Odziałam się w dresy z kapturem, plus mocne rękawiczki, wlazłam pod szeroką choinkę i zaczęła za pomocą stalowego widelca wydłubywać z wiaderka skamieniały piach na podstawioną sprytnie ceratę, podczas gdy Młoda, odziana podobnie, trzymała choinkę od góry, aby znienacka nie runęła na dywan. W końcu udało się! Młoda wyciągnęła drzewko, ubrała się pędem i poleciała na dół. A ja przytargałam choinkę do okna, wypchałam ją jakoś i ziuuuu! Poleciały nasze święta.

Wynoszenie wiaderka z piachem – na raty, bo to ciężkie cholerstwo, odkurzanie, zamiatanie, przestawianie gratów, trwało do wieczora, ale poszłam spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i miło spędzonego dnia z Młodą. A przed nami wciąż była sobota i niedziela!

Jutro rozmowa o możliwym awansie, trzymajcie kciuki. Zrobiłam wypasioną prezentację, a jakże, ale nie wiem, jak to wyjdzie.

A w kwietniu wyjazd do Barcelony, hurraaaaa! Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku, mimo zmęczenia wyraziłam chęć udziału w targach, to będzie koniec kwietnia, powinno być już ciepło, i będzie super… oby tylko schudnąć się udało.



odchudzam-sie 2012-01-08 21:28:20
skomentuj (7)

Stary rok szczęśliwie za nami

Szczęśliwie minął 2011 rok, kolejnych z chudych lat. Doprawdy, chciałabym, alby ta czarna seria już się skończyła.

Z Młodą wzięłyśmy udział w 2 fajnych koncertach, z czego ostatni, z Kolędami, był najfajniejszy. Z pompą, nabitym kościołem, telewizją i efektami. Miał być nawet sztuczny ogień na koniec jednej z kolęd, do czego się sama osobiscie zobowiązałam. I co z tego - 100 razy w domu ze stoperem mierzyłyśmy z Młodą, na próbach wykonywałam mistrzowskie odpalenie, a na koncercie ręce mi się trzęsły, miałam je lodowate i skostniałe, wskutek czego, mimo odłożenia teczki z piosenkami na bok, wszystko mi wyleciało z rąk i nic nie odpaliłam. Tylko się wstydu najadłam. Ale nie da się ukryć, że chór to jeden z niewielu jaśniejszych chwil w minionym roku. Cieszę się, że razem z Młodą przynalezymy gdzieś i możemy robić to, co lubimy.

2 wesołe wieczory spędziłam u dentystki, jakieś 3 godzinne wizyty, ale mam teraz ładniejszy uśmiech. [co z tego, skoro sama jestem brzydka jak noc, chciałoby się dodać, ale nie dodam]. Uff, nareszcie. I jestem biedniejsza o spoooorą kasę, szczęśliwie odłożoną na to od dawna.

Pod choinkę dostałam dokładnie to co chciałam i było to naprawde miłe spotkanie. W przeciwieństwie do większości ludzi na świecie, ja naprawde lubię Boże Narodzenie - rodzinne, domowe tradycje, spotkania w gronie rodziny. Słyszę czasami, że ludzie są zmuszeni składać życzenia i dzielić się opłatkiem z ludźmi, których nie znoszą i wcale im dobrze nie życzą, i dlatego tych świat nie lubią. U nas tak nie jest - wszyscy kochamy się i jesteśmy ze sobą mocno związani emocjonalnie. Obowiązki przed świętami staramy się jakoś rozsądnie dzielić i przede wszystkim, nie przesadzać. To skutkuje tym, że to są naprawdę miłe, ciepłe chwile, i chciałabym, aby je Młoda tak zapamiętała na przyszłość, aby umiała taką atmosferę zrobić w swojej rodzinie.

Sylwester spędziłam w domu. Młoda z koleżanką i kolegą zrobili sobie szampańską imprezę, nie przeszkadzali mi zupełnie w zaimprowizowanej drzemce zarówno przed, jak i po północy.

Muszę powiedzieć, że zima - taka, jaka jest, nie przeszkadza mi zupełnie. Cieszę się, że nie ma mrozu ani śniegu. Tyle lat martwiłam się, że taka pogoda to brak równowagi w przyrodzie, że susza dla rolników, że brak śniegu dla roślin. Ale nauczyłam się, że rolnikom NIGDY nie będzie dobrze. Każde warunki pogodowe są dla nich złe. Bo warunki niesprzyjające rolnictwu, czyli odstające normą od teoretycznych, powodują straty w zbożach, a warunki sprzyjające - kataklizm urodzaju i niskie ceny. Ponieważ żadne z tych wydarzeń nie przekłada się na moje zycie w sposób pozytywny, czas, abym zaczęła myśleć o sobie i chciała tego, co dla mnie dobre. A dla mnie dobre jest, jak nie muszę odkopywac z rana garażu, otwierać bramy za pomocą młotka i śrubokręta, jak nie muszę jechać do pracy z oczami niemal na szybie i dłońcmi zaciśniętymi sztywno na kierownicy, z prędkością 30km/h, z powodu szalejącej śnieżycy, ani płacić góry kasy za [d]ogrzewanie się. No i nie marznę aż tak straszliwie jak przez dwie ostatnie zimy. Dlatego w nosie miałam całą jesień narzekania, że susza, w nosie mam teraz narzekania, że nie ma mrozu ani śniegu. Dla mnie taka zima może trwać do kwietnia, kiedy to nastąpi wiosna.

Wiecie, że zaraz minie DZIESIĘĆ lat, jak tu piszę? Aż by się prosiło o jakieś podsumowanie dziesięciolecia, ale ja chyba nie jestem w tym dobra, ani nie mam powodów do zadowolenia, czy cieszenia się. Poza Młodą, która nieodmiennie stanowi jaśniejący punkt na moim pochmurny niebie i kóra stanowi zdecydowanie największe osiagnięcie mojego nędznego, nic niewartego życia.

Anyway, wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Niech w końcu będzie lepszy...


odchudzam-sie 2012-01-01 23:48:50
skomentuj (31)


zagęszczenie przed Świętami

Dostałam zajebiście dobrą propozycję w pracy, tak jakby awansu, wiąże się z większą kasą, ale też i większą odpowiedzialnością, i w sumie nie jestem do końca pewna, czy mam na to ochotę i czy się nadaję. Szef mój uznał, że tak, ale ja się czuję jakoś niepewnie. Podsumowałam sobie, obróciłam w tym roku ponad 10 milionami złotych, i to bez większej wtopy, więc może to o czymś świadczy, ale ja nadal mam poczucie, że inni myślą o mnie lepiej,  niż na to zasługuję. Chyba jednak nie odpuszczę takiej okazji, chociaż boję się bardzo. Zrobię wszystko dla kasy:> Mam się zastanowić i po Nowym Roku przedstawić swoją decyzję wraz z proponowami zmianami.

Czy ktoś zna może jakieś strony czy programy, gdzie można wgrać swoje zdjęcie, czy też wybrać typ sylwetki i "przymierzać" różne ciuchy? Szukamy z Młodą stylu dla niej, ale chodzenie po sklepach w ciemno i szukanie to nie dla nas, zwłaszcza nie w sezonie zimowym, kiedy się chodzi w kozakach, kurtkach, bywa się przepoconym itd. Najpierw wolałybyśmy chociaż ogólnie sprawdzić, jak się prezentuje, i potem precyzować w sklepach... Chodzenie bez pojęcia jest straszliwie frustrujące, zwłaszcza dla przeczulonej na swoim punkcie małolatki, która dręczą typowe egzystencjalne problemy.  Jeśli chodzi o metamorfozy makijażowe i fryzjerskie, to jest tego pełno, ale ciuchowych jakos nie widziałam. A muszą być...!

Oglądamy z Młodą teraz "Glee", świetny serial, daje sporo okazji do głebokich rozmów o życiu, szkole, nastolatkach, ich problemach, kłopotach. Fajne są te nasze dyskusje, co sądzimy wzajemnie o postaciach, ich zachowaniach, jak by się postąpiło na jej miejscu, to chyba lepsze, niż wymuszane na siłę rozmowy o pszczółkach. W ogóle jak czasami sobie myślę o wychowaniu dziecka, to przytłacza mnie odpowiedzialność jako matki za jej rozwój, psychikę, to co ona myśli o sobie. Kiedy mnie czasami o coś niepewnie pyta, wystarczyłoby parę słów, żeby ją zniszczyć na długo, tak samo, jak każdego poranka wystarczyłoby parę słów, aby spieprzyć dzień. To  na mnie, jako na mamie, głowie domu, królowej tego malutkiego świata, leży odpowiedzialność za to, aby dzień za dniem przebiegał pogodnie. Czuję się czasami jak WIELKI BÓG, oszołomiony swoimi możliwościami, ale i bojący się ich. Boję się, że kiedyś będę zła, może zmęczona, i nieopatrznie rzucę jakieś złe słowa, które Młodej wbiją się w serce i duszę na długo. Och, jak ja kocham tego smarka mojego...

W czwartek mamy Wigilię pracową, w zeszłym roku zrobiłam krokiety, wszystkim smakowało, i mam zrobić w tym roku też, a Młoda, zgodnie z moim żądaniem, że ma mnie i siebie angażować we wszystko, zgłosiła nas do ciasta na szkolną Wigilię. Tyle tylko, że to wszystko naraz, jednego dnia, to trochę czasu zabierze... jutro przygotuję sobie farsz, a w środę smażenie naleśników i zawijanie ich i smażenie raz jeszcze. Próbuję nabrać praktyki także w robieniu potraw obiadowych, a nia tylko ciasta i ciasta, ale kurde, zrobiłam szynkę wg przepisu na wędlinę i wyszło do bani, teraz szynka się gotuje w postaci gulaszu, na szczęscie, to zawsze można zrobić ze zmarnowanego mięsa... a miała być delikatna, mięciutka szyneczka, wrghrrrr...

Aha, a oto zdjęcie  przepięknej bombki, na 5 minut przed jej tragicznym końcem, nie powiem, z czyjej winy, bo za bardzo kocham tę trąbę małą, ale byłam gotowa ją zabić. Zdjęcie 1, Zdjęcie 2



odchudzam-sie 2011-12-19 20:03:38
skomentuj (10)


śliczna bombka

Jak co roku, dostajemy prezenty od dostawców. Słodycze, wina, jakieś gadżety biurowe, najczęściej kalendarze. Super sprawa, za nic nie oddałabym pracy w zakupach. W tym roku dostałam inny prezent. Wielka szklana bombka. W środku aniołek. Od spodu 4 kolorowe diody, od spodu włącznik. Jak się włączy, to diody łagodnie przechodzą od koloru do koloru.

Zapewne wspominałam już, że jestem bezguście totalne i właśnie się to potwierdza. Mogę godzinami się wpatrywać w zmieniające się kolorki na aniołku z trąbką, zwłaszcza przy zgaszonym świetle, chociaż jest to ewidentnie szczyt kiczu. Jedyne, co mnie ratuje to fakt, że nigdzie, gdzie jestem, nie zgadzam się na żadne kryształy, kieliszki i figurki za szybą kredensu… Niech już lepiej stoją puste.



odchudzam-sie 2011-12-15 21:45:27
skomentuj (6)

fat blondie

Od jakiegoś czasu rozjaśniam włosy, aby dojść do wymarzonej bieli. Włosy własne, coraz bardziej siwe, w coraz bardziej licznych białych pasmach, ułatwiają mi to jak mogą. No i w końcu zrobiłam to. Dopełniłam całkiem innymi niż zawsze soczewkami i proszę! oto brand new, brand fake, brand fat blondie  [klik] jak żywa. W sumie to zawsze marzyłam o takim wyglądzie. Po namyśle - te niebieskie soczewki są tak absurdalnie nieprawdziwe, że aż śmiech bierze. Fake, fake!

Ale faktem też jest, że nie wszystkim się to podoba. Być może dlatego, że ja sama w sobie nie czuję specjalnej radości życia. Są dni, kiedy naprawdę przestaję się dziwić ludziom, że chcą ze sobą skończyć - ja mam Młodą, ale są tacy, których nic nie trzyma. I jeśli mają takie dni jak ja, dni, kiedy są przybici, mają poczucie straconego życia, totalnej beznadziejności, żadnych szans na poprawę, mniemanie o sobie coraz niższe, a nie mają po co i dla kogo być na tym świecie, to przestają na nim być.

Właśnie 5 minut temu zobaczyłam, że przyszło odszkodowanie za nogę, i to całkiem sensowne, zdecydowanie uratowało mnie ono od klęski finansowej. Włosy zrobiłam za ostatnią kasę, z myśla, że ona i tak by mnie nie zbawiła. No i proszę - opatrznośc chyba jednak czuwa nad tymi najdurniejszymi. Już nigdy, nigdy nie będę hasać beztrosko po łące z psem... ani ganiać gościa chodzącego po drugiej stronie rzeki. I tak w tym roku nie udało się znaleźć tamtej drogi, ale o tym nie myślę, bo po co mi kolejny powód.

Mama bardzo niechętnie przychodziła do nas w gości do tamtego, naszego mieszkania. Nie wiem, czy to dlatego, że to slums, czy dlatego, że nie było tam dla niej dyżurnego fotela. Postanowiłam, korzystając z bieżącego mieszkania, przełamać tę passę. Już po raz kolejny przygotowałam klasyczny obiad i zaprosiłam mamę z wujkiem na niedzielny obiad, zamiast jak zwykle, samej się na rodzinny niedzielny obiadek wpychać. Mamie wejście na 4 piętro zajmuje jakieś 25 minut, ale chyba jej nie szkodzi za mocno. Mam taką nadzieję. Mama cała zadowolona, dumna jak nie wiem co, chociaż jakikolwiek eksperymenty kulinarny to już wiem, że przejdzie z trudem. Do eksperymentów zaliczam wszystko, co wychodzi poza ramy - ziemniaki i kawał jakiegoś mięsa z surówką. Spaghetti, zapiekanka, lazania, risotto - zapomnij. No, EWENTUALNIE  kopytka. Ale kluski śląskie już nie bardzo. Tym bardziej uważam to za sukces, jeśli mama zje, a ona niewiele je, jak ptaszek, kawałek kurczaka upieczonego na piwie. W ogóle z tym piwem to jazda była. Kupiłam, a jakże, piwo, raz w życiu, kurczaka wymarynowałam na noc, po czym się okazało, że kurczak pionowo na butelce nie wchodzi do piekarnika. W trybie pilnym go pocięłam na kawałki i upiekłam z ziemniakami na blaszce [oczywiście ugotowałam ziemniaki też, mama do upieczonych podchodzi z nieufną wrogością]. Nawet wyszło, wujek to tylko palce oblizywał. Mama zjadła półtora skrzydełka...

Ostatnio coraz bardziej lubię, coraz większą przyjemnośc mi sprawiają próby chóru. Młodej zresztą też. Kolędy są pięknie zaaranżowane, ale też i coraz częściej występujemy, jako oficjalna atrakcja miejska. Cóż jednak - w ostatnią sobotę był występ w trakcie upolitycznionej na maksa mszy świętej na część, czy tam dla uczczenia rocznicy strajków grudniowych w miejscowej fabryce. Kazanie, jakie wygłosił ksiądz otworzyło mi nóż w kieszeni. Ja słyszałam, że takie rzeczy się dzieją w Polsce, że księża się wtrącają w politykę, ale nigdy nie byłam świadkiem czegoś takiego. Gdybym była wierząca to jak babcię kocham, chyba bym przestała. A dowcipy na temat Jaruzelskiego to już w ogóle poniżej pasa - tłusty ksiądz, wypasiony na księżowskiej posadzie, na naszych podatkach, wykształcony za komunistyczne pieniądze, korzystający z ochrony zdrowia, pozwalający sobie na chamskie kawały kierowane w stronę starego, schorowanego człowieka, którego i tak osądzi historia - to już w ogóle dno totalne. Postanowiłam sobie, że ja więcej w takich czysto polityczno - historycznych uroczystościach udziału brać nie będę i Młoda też nie. Żadnych Rot więcej. Za słabe nerwy mam.

Dostałam wcześniejsze wezwanie na rezonans, dostali jakieś nadlimity czy coś. Ale gdzie indziej niż kiedyś. Zwolniłam się z pracy, poszłam, podpisałam papierki i zostałam zaprowadzona do hmmm, barakowozu specjalnego. Panował tam doprawdy... bardzo rześki chłodek. Ja patrzę, a to nie jest taki pierścień jak przedtem, tylko prawdziwa trumna, do której się wjeżdża. Na szczęscie nie mam klaustrofobii, więc dzielnie się dałam. Jednak po paru minutach kobietka mnie wyciagnęła i pyta, czy ja mam kolczyk w pępku. No skąd, ja i kolczyk w pępku.. to może aplikacja metalowa na majtkach? bo coś jej cień daje. Sprawdziłam, nie. To może spiralka? O KURDE. No faktycznie, mam spiralkę, było tam w papierach takie pytanie, ale z automatu wrzuciłam "NIE". Nieużywana, ale co z tego, jest i zasłania. No to  dobrze, będe musiała lekarzowi powiedzieć, bo wie pani, to źle wygląda na zdjęciach. Kurde, jakbym wiedziała, to bym ją wyciagnęła, i tak do niczego się nie przydaje. Pani sobie zrobiła stosowny zapisek i wsunęła mnie z powrotem. Nie wiem, czy to autosugestia była, ale zacząłam czuć, jakby mi ta spiralka w brzuchu chodziła i robiła rzeź, tak się to też zresztą objawiło w terminie ciut późniejszym, szczęśliwie zawsze mam przy sobie stosowne zapasy. Ciekawe czy i co ten rezonans pokaże...

Po rezonansie załatwiłam dwie ustawione wcześniej choinki prosto z plantacji, jedną zawiozłam do pracy, drugą do domu i ta nasza już stoi, roznosi zapach świerkowy, błyszczy milionem bombek, światełek, jak to zwykle nasza wieśniacka, kiczowata choinka, tak jak najbardziej lubimy, aby czuć klimat Bożego Narodzenia.

Dostałam w jakimś konkursie kijki do nordic walking i postanowiłam chodzić. Akurat tuż koło nowego domu odbywają się zajęcia z instruktorem miejskim, że tak się wyrażę, co prawda udział w nich biorą głównie starsze panie, ale to nie szkodzi, bardziej to na razie jest taka ogólnorozwojowa gimnastyka na świezym powietrzu i ok. Tyle tylko, że unikam tych cholernych skrętoskłonów...

Gdyby ktoś mnie spytał o ulubionego bohatera popkultury, to zdecydowanie powiedziałabym - Bree Ven De Kamp. Dla mnie ta postać jest idealna, ulubiona, taka bym chciała być, z tymi jej nielicznymi wadami, ale też i odnajduję w niej wiele z siebie. Wiem, to tylko twór wyobraźni czyjejś tam, ale też sama aktorka - Marcia Cross jest przepiękna, ma niewiarygodną figurę, wzrost, a jako Bree jest perfekcyjna. Chciałabym tak gotować, być tak doskonale zorganizowana, tak umieć prowadzić dom, mieć w sobie tyle siły. Póki co, to mam w sobie tylko jej słabości, nie tyle do alkoholu, co do słodyczy, a to też nałóg, jak najbardziej, moze i się zgłoszę do tych Anonimowych Żarłoków, tylko, ze u nas nigdzie blisko nie ma mityngów... Może tylko matką jestem lepszą, bardziej wyluzowaną, ale to też czas pokaże, czy wychowałam Młodą odpowiednio, aby sobie poradziła w życiu i w świeci, a nie przesrała życie jak ja. No ale wracając do rzeczy - w ostatnim odcinku co widzę? Bree z flaszką i pistoletem siedzi i płacze przy stoliku. Ten sezon "Desperatek" ma być ostatni, jeśli więc Bree ma zginąć, to będzie to chyba pierwszy przypadek, żebym cierpiała przez fikcyjną filmową postać, naprawdę cierpiała.


odchudzam-sie 2011-12-11 19:00:29
skomentuj (13)


Pomelo is back!

Mówiłam już, że oglądam Top Model. Po Waszej radzie, w przerwach między bieżacymi odcinkami drugiej edycji obejrzalyśmy z Młodą pierwszą edycję i po jakimś czasie się pogubiłam, które panny są z której edycji, no ale dobra tam. Pierwsza edycja się skończyła i drugą już oglądałyśmy na bieżąco. Oczywiście moją największą irytację wzbudzała, jak u całej chyba Polski, niejaka Anna Bałon, której infantylnośc, fatalna dykcja, obrzydliwy charakter i zaciąganie z ruska potrafiłoby wzbudzić irytację u samego Buddy. Jednakże po przedostatnim odcinku, wtedy, gdzie dziewczyny walczyły o  udział w castingach, dziewczyna mi naprawdę zaimponowała. Uwielbiam, jak kobieta walczy z całej siły o swoje, próbuje do upadłego, ile się da, nie wstydząc się, ani nie bojąc odmowy czy nawet upokorzenia. Wyłazi tu znowu mój mało kobiecy charakter, który każe walczyć twardo i kopać hardo na lewo i prawo, a nie wdzięcznie giąć się, okazywac słabość i głęboką kobiecą bezradność. Jedno skutkuje w sukcesach życiowych, drugie w kontaktach damsko-męskich. Nie, żebym osiągnęła którekolwiek. Ale jednak wierzę, że da się. Dlatego, kiedy ostatnio Młoda przyniosła do domu tróję z czegoś tam i zaraz powiedziała, że umówiła się z panią, że chce poprawić i proszę, tu oto piątka, to pochwaliłam ją z całych sił - nie za piątkę, ale za to, że od razu pomyślała, żeby zawalczyć i spróbowac raz jeszcze. Moja mała, słodka dzidzia ;)

Moje finanse sięgnęły dna. Udało mi się zorganizowac gorset dla ojca i natychmiast go wysłałam ekspresem, niemal za stówę, a za trzy dni zadzwoniła pani, że przeprasza, ale koleżanka, która była na zastępstwie wydała mi zły gorset. FUCK. Kolejna wysyłka, kolejna stówka pękła. Nie mam zielonego pojęcia, jak mam kupić prezenty na święta. Coś czuję, że skończy się na pieczeniu ciasteczek i pakowaniu ich w przecudowne papierki. Aaaaaa....! coś słyszałam o premii światecznej, to by była alleluja! Czekam w napięciu.

Jeszcze w tym roku ani razu nie zmarzłam. Uważam to za ogromny sukces. Na pewno część zasługi leży w fakcie, że znowu jestem gruba jak baryła, tak. I niestety nie ma tu co zwalać na efekt jojo czy też geny czy też Meridię, tylko po prostu słodycze mnie gubią i moje włąsne łakomstwo. Z tego też powodu ponownie zaczęłam się pocić - przez ostatnie dwa lata nie pociłam się w ogóle, kompletnie.

Pomelo wróciło do sklepów! Widziałam w Netto po 3,99 i tylko totalny brak gotówki powstrzymał mnie przed kupieniem 10 sztuk naraz. Albo stu!

A tymczasem upieczmy ciasteczka, hehehe.

odchudzam-sie 2011-12-01 21:08:41
skomentuj (11)


Jak jest w nowym mieszkaniu

Znowu to samo. Siadam do kompa i wszystkie te tematy, o których wiem, że powinnam napisać, nagle znikają. Jeśli wracają, to w całkiem innej kolejności, a wszystkie zawiłe, ciekawe zdania, świadczące o wysokiej inteligencji, oczytaniu, świadomości społecznej, które sobie przygotowałam już w myślach – ulatniają się, jakby ich nigdy nie było, co też jest bardzo prawdopodobne, hehe. Bo i skąd by miały być.

Trafiłam na szaloną promocję biletów lotniczych i wysupławszy ostatnie oszczędności – trzymany kurczowo zwrot podatku z zeszłego roku – kupiłam bilet na 15 stycznia, powrót tydzień później. Zapłaciłam niecałe 1600 zł, co uważam za faktycznie dobrą cenę.

Mieszkanie pomału oswajamy, ale dziwnie tu jest. Kiedyś te bloki tętniły życiem. Pełno dzieciaków biegało po podwórku i po klatkach schodowych. Klatki schodowe długie, jasne, ciepłe, były idealnym podwórkiem w razie niepogody. Sąsiadki chodziły na plotki do siebie, nosiły sobie kawałki ciasta, drzwi czasami stały otworem. Rano i po południu uliczki były pełne ludzi biegnących do i z pracy, dzieci do i ze szkoły, okna rozświetlone wieczorami. A teraz? Mieszkanie koło mnie na bank stoi puste. Przez 2 tygodnie mieszkanie tutaj spotkałam na klatce schodowej CZWORO ludzi. Jak wracam ok. 17-18, to świeci się może z ¼ okien. Mama mówi, że to dlatego, że to było osiedle ludzi młodych z dziećmi, dzieciaki urosły i wyfrunęły w świat, młodzi dorośli, zestarzeli się i pomału wymierają… a osiedle, chociaż nam w zupełności odpowiada, zgódźmy się, że szczytem luksusów nie jest. Nie ma balkonów, wind, ciepła woda z bojlerów, w mieszkaniach małe pokoiki, brak miejsc do parkowania [a ja mam garaż 2 minuty drogi!!!] , bloki stoją jeden koło drugiego. I młodzi uciekają, zostawiając coraz to starszych dziadków.

Byłam na pierwszej wywiadówce. Boże, co za miłe uczucie! Po sześciu latach, kiedy na każdym zebraniu w podstawówce słyszałam tylko, że klasa straszna, okropna, nie uczą się, leniwi, głupi, sprawiają kłopoty wychowawcze – nareszcie zmiana. Klasa świetna. Widać, że chcą się uczyć, pracują, dobrze się uczą, chcą coś w życiu osiągnąć, ambitni bardzo, chętni do współpracy i aktywni. Zapowiada się znakomita klasa. Młoda będzie się musiała mocno nagimnastykować, żeby błysnąć na koniec.

Złożyłam wcześniej papiery o odszkodowanie za zwichniętą nogę, ale to było dawno temu, i już zapomniałam, i teraz niespodziewanie dostałam wezwanie na 24 na komisję lekarską. No cóż, ja wciąż usztywniam stopę. Zobaczymy, czy jest sens, żeby nadal płacić składki ubezpieczeniowe.

Z rana w piątek miałam ambitny plan, żeby jechać do pracy na 7, żeby odrobić zaległą godzinę. Wyjeżdżam 6:05 z garażu, zadowolona, że tyle czasu mam przed sobą, i nagle..! Mój wzrok padł na wskaźnik benzyny, stojący całkiem poniżej zera. Jak to możliwe? Licznik gazu był na 225 km, pełny bak, powinien dotrwać do min 350 km, a tymczasem musiał zeżreć gaz do końca i przełączyć się na benzynę i ją też zeżreć do końca. Co teraz? Najbliższa stacja czynna na pewno od 7. Kolejna też. No to jadę do mamy na osiedle, tam jest całodobowa. Im bardziej zbliżałam się do stacji, tym bardziej się pociła. Auto charczało, kaszlało, traciło moc, na szczęście wjechało pod wiadukt i chyba siłą rozpędu dojechało kilometr do przedostatniego zakrętu, gdzie ZGASŁO. FUCK. Wrzuciłam na luz, włączyłam awaryjne,  wysiadłam i i zaczęłam pchać auto. Dopchałam jakieś 200 m do ostatniego zakrętu, gdzie definitywnie zatrzymał mnie próg. Na szczęście stacja, gdzie mnie znają, była już tylko jakieś 50 m dalej, więc zdyszana pobiegłam, dostałam baniaczek z 5 litrami benzyny, wróciłam biegiem do auta, okazało się, że nie mam wihajstra [yy wichajstra?] , żeby odchylić klapkę, rura z powrotem na stację po ten dzyngiel, wróciłam, wlałam, chwila napięcia, czy się aby silnik nie zapowietrzył, ruszył….! Uff…. Doprychałam jakoś do stacji, gdzie dotankowałam jeszcze benzyny, gazu do pełna. To pewnie dlatego, że w poniedziałek się z wujkiem, znowu zamieniałam autami, bo jechał z mamą do szpitala, dałam mu nalane do pełna, a wujek mi dał kasę i powiedział, żebym sobie zatankowała, chociaż było dopiero 32 km na liczniku…

Do pracy dojechałam nawet nieźle, 7:15. Ale z miejsca poszłam do łazienki się możliwie jakoś obmyć z potu. Mniej z wysiłku, więcej ze strachu;) Co by było, jakbym nie popatrzyła na wskaźnik benzyny i pojechała w drugą stronę, stanęłabym w czarnym polu i chyba ze śmiechu umarła na własną głupotę.

Ojciec wyszedł ze szpitala, w końcu, ale potrzebuje gorsetu. Coś mnie się zdawało, że na niego przysługuje dofinansowanie, więc najpierw wtajemniczyłam kobitę w sklepie, potem udając chorą i obolałą poszłam najpierw po skierowanie do rodzinnego, potem do ortopedy prywatnie, potem państwowo, dostałam skierowanie na gorset z zastrzeżeniem, że lepiej go nie używać za dużo, skierowanie na masaże, yesss! A potem się zaczęło. Bo na rentgenie widać jakieś głupie wyrostki na kręgosłupie, jakbym ciężko fizycznie pracowała. A mój kręgosłup tak w ogóle jest rozchwiany. Nie wspomniałam, że owszem, mój kręgosłup ciężko pracował, nosząc całe życie dzień w dzień prawie 50 kg nadwagi. Na koniec dostałam jeszcze skierowanie na rezonans i ostrzeżenie, że mam patrzeć, co się dzieje.

Kurde, nic mnie nie boli, od operacji czuję się znakomicie, może poza tym, że jak wracam wieczorem do domu, to muszę się położyć na płasko i bezwzględnie odpocząć, i na samą myśl, że miałaby mnie czekać powtórka bólu sprzed 6 lat, to zrobiło mi się od razu gorzej.

Nie miała baba kłopotu to poszła do lekarza. Mogłam odżałować jeszcze te parę groszy i kupić gorset za swoje pieniądze… A ja jeszcze samochód pchałam 200 metrów, no…

Młoda właśnie upiekła pierwszego w życiu samodzielnego murzynka, ja też od niego zaczynałam, i jest cała dumna. Zaraz zaniosła parę kawałków sąsiadce, a co. A zaraz robimy muszle makaronowe nadziewane mięskiem mielonym i szpinakiem. Mniam. Ale zaraz, nie mam kasy, bankomat wściekle daleko, a w Biedronce bankomatu nie ma, wrggrrr.....

Czekam na pierwszy śnieg, albo na pierwszego grudnia, żeby postawić choinkę :)



odchudzam-sie 2011-11-19 13:51:12
skomentuj (3)

na nowym

Od piątku mieszkamy w nowym mieszkaniu. Wtarganie swoich ciuchów, butów, książek, kompów, telewizora [bo tutejsze dwa są uszkodzone] trochę trwało i rozłożyło się na parę dni, miałam więc takie marzenie, aby chociaż raz wejść na to czwarte piętro bez żadnych toreb i w końcu dziś mi się udało:)

Czuję się tu wciąż dziwnie. [oczywiście lepiej od kiedy mamy kablówkę i necik;)] . Mieszkanie jest wyposażone kompletnie i we wszystko, i chociaż wyposażenie mocno trąci myszką, to jednak jest totalnie wszystko, zwłaszcza wyposażenie kuchni wywołało moje zdumienie. Kilka kompletów zastaw stołowych, szklanki, szklanice, szklaneczki, literatki, filiżanki, dzbanki, tace, miski, podstawki, kieliszki w kilku kształtach i wielkosciach, salaterki, miseczki, miski, misy, sztućców kilka zestawów, jakieś cudaczne szczypczyki, sitka we wszystkich rozmiarach, wałki, łopatki, a zresztą, co ja tu będę wymieniać, jest WSZYSTKO, chociaż oczywiście stare i używane, ale sprawne, i jest. Frytkownica i sokowirówka też. Mikser też. I stolnica. Jest wiele przyrządów, których przeznaczenia mogę się tylko domyślać na podstawie posiadanego certyfikatu oraz umiejętności nabytych na specjalnym kursie, hehehe. Piekarnik już rozgryzłam, lekko niedopieka.

Mieszkamy w 2 pokojach, trzeci jest zamknięty, zawiera rzeczy osobiste byłej właścicielki. Tzn właścicielki. Tzn jednej pani, na tym poprzestańmy.

Najlepsze jest to, że do garażu mam 2 minuty zamiast 12, co rano się liczy i to bardzo. No ale odpadnie mi moje amatorskie uprawianie sportu czyli biegi do garażu.

Tutaj nie mogę się przyzwyczaić do nowego łóżka. Pierwsze noce spałam z Młodą na amerykance, tak, żeby raźniej było, po czym Młoda mnie poinformowała, że czas się usamodzielnić, mamusiu, dziś śpisz u siebie. Pospałam raz i wróciłam do Młodej. Tyle lat spałyśmy w jednym pokoju, poza rzadkimi wyjazdami na kolonie, czy nocowaniem u babci, nie umiem się pogodzić, że ona śpi w innym pokoju. To zajmie mi więcej czasu ;) Ale i tak nie ma co się rozkręcać, na wiosnę powrót na stare śmieci.

Inne sprawa, że podsumowując miesiąc mieszkania u mamy stwierdzam, że nie było aż tak źle. Po trudnych pierwszych dniach udało nam się załagodzić punkty konfliktowe i dalej poszło niemal jak z płatka. Cieszę się jednak, że mieszkamy blisko siebie i mogę ją normalnie codziennie odwiedzać, robić zakupy, chodzić z psem, odkurzyć czasem itd.

Na rozprawie dostałam 500 pln, uważam, że nieźle. Wniosłam raz jeszcze wniosek o postępowanie do prokuratury, wskazując błędy, które moim zdaniem popełnili podczas poprzedniego postępowania. A co to w końcu, nic mnie nie kosztuje, a niech chłopaki popracują trochę, nawet jeśli to postępowanie będzie tylko po to, żeby je umorzyli, a żebym ja następnie mogła złożyć zażalenie, jak mnie pan prokurator w wieku może 28 lat uprzedził.

Wysłałam do exteściowej zawiadomienie, że jeśli ona nie zapłaci zaległych swoich alimentów, i nie będzie płaciła na bieżąco, to podaję ją do komornika. Co do jasnej cholery, ona ma swoją niezłą bankową pensję, ma rentę wojskową po mężu, przyjaciela, który u niej mieszka i 2 dorosłych synów, mniejsza o to gdzie są. Co za rodzina, jak babcię kocham. Może wyjdę tu na pazerę, ale kurde, ja naprawdę ciężko pracuję i nie wydaję na pierdoły, ¾ tego co mam ładuję w taki czy inny sposób w Młodą, może czas, aby druga część rodziny zechciała wypełnić swoje ustawowe obowiązki. Czuję, że zaraz exmąż się odnajdzie dziwnym trafem, albo może kasa się znajdzie.

Ej, Foksal, blog wygląda super, dzięki :) Byle do Świąt. My już w pracy rozważamy, kto co na Wigilię firmową zrobi...



odchudzam-sie 2011-11-09 22:47:47
skomentuj (6)

Listopad

W niedzielę pojechałam na groby, niby blisko, ale te 100 km w każdą stronę jest. Dziwnie mi było jechać bez Młodej, zawsze wszędzie razem, a tu sama. Sama musiałam śpiewać po drodze, sama musiałam wyklinać i złorzeczyć innym kierowcom, sama podziwiać sarenki z dala od drogi. Zaparkowałam daleko od wejścia, na puściutkim parkingu koscielnym. Starałam się stanąc tak, jak by ludzie stawali. Na nic, kiedy godzinę później przyszłam, byłam zastawiona dokumentnie, a gościu, który mnie dobił i zastawił, właśnie wyszedł i powiedział, sorry, ale ja na mszę się spieszę, jakoś pani tam sobie wyjedzie.
KOOORWAAAAAAAAA!!!! Poprosiłam jakąs kobitkę o pomoc. Stojąc z ręką w kieszeni, żując gumę, drugą ręką machając mi, wyglądała trochę mało wiarygodnie, ale nie miałam wyjścia, musiałam jej zaufać. Mając po pół centymetra od lusterka zapasu z każdej strony cyrklowałam chyba z pół godziny, centymetr do przodu, centymetr do tyłu, zgrzałam się cała totalnie, szyby zaparowały mimo, że były otwarte, więc sobie wyobrażacie. W sumie mogłam nie gimnastykować się, tyle samo by zeszło jakbym zaczekała na koniec mszy. Ale byłam zła.

Młodej zdjęli dziś gips, ale noga dalej ją boli. Mimo to w sobotę przeprowadzka. Całe szczęscie, że mieszkanie umeblowane, bo jakbym miała jeszcze z meblami się tam wnosić, to chyba bym oszlała, a tak to tylko ciuchy i rzeczy osobiste, no i wreszcie własny komp.

Ojciec po którejś już chemii, czuje się bardzo źle. Mam dylemat, jeśli chcę pojechać tam na Boże Narodzenie, to powinnam już kupować bilet, a co jeśli... i musiałabym wtedy jechać wcześniej albo później? Urlop to pikuś, załatwiłoby się bezpłatny, ale nie mam uzbieranej kasy na dwukrotny przelot, tylko na raz tam i z powrotem. Jasna cholera, no. Z nerwów wzięłam się za szukanie pracy na weekendy dodatkowej jakiejś. Już mam propozycję, nawet zgodną z wykształceniem najnowszym, przygotowywanie posiłków w ramach kateringu, do szkół, hehehe. Kto wie, czy się nie skuszę.

Jak wychodzę z pracy to jest już zmrok. Czuję ulgę, że nareszcie nadszedł ten najgorszy okres w roku, że już nie muszę się go bać, ale już trwa, że coraz ciemniej i zimniej, a tylko dwa miesiące i zacznie się znowu robić jaśniej. I zimniej. ALE - kiedy mieszkam u mamy, jeszcze ani razu nie zmarzłam... co za miłe uczucie - codziennie pamiętam, aby wieczorem, myśląc o całym dniu, który minął, podziękować za to Opatrzności. A na polu koło drogi zakwitł rzepak ozimy komuś, ale niefart.

Wczoraj z Młodą oglądałyśmy K-9, to taka stara komedia o psie policyjnym. Uprzedziłam Młodą, że po tym filmie pokocha Mirkę jeszcze bardziej, wiedziałam, że tak będzie, no i faktycznie, cały film Młoda tuliła się czule do psa, ciesząc się, że takiego mądrego psa mamy. Śmieszna projekcja, ale zawsze działa.

W poniedziałek rozprawa o podniesienie alimentów, trochę to może głupie podwyższać alimenty komuś, kto ich w ogóle nie płaci, ale liczę na to, że ktoś kiedyś go w końcu dopadnie.

odchudzam-sie 2011-11-02 19:07:47
skomentuj (4)


Młoda w gipsie

A tak. Zderzyła się ze ścianą, która zupełnie podstępnie i niespodziewanie na nią wyskoczyła na WFie i zerwała ścięgno jakieś boczne w stopie. Na razie 2 tygodnie z nogą w gipsie, najbardziej nieruchomo jak się da, a potem zobaczymy. Niestety więc chwilowo przeprowadzka musi się odsunąć w czasie, bo kto mi będzie nosił klamoty na to 4 piętro ;) Ani sama Młoda tam nie wlezie, no i bez sensu, żeby siedziała sama w domu cały dzień. Tym bardziej, że mam jakieś kłopoty z zamontowaniem tam kablówki, a co za tym idzie, internetu. Ale jeszcze pomyślę.
Zaczytuję się w powieściach Dołęgi Mostowicza i nie mogę uwierzyć, że pierwszy raz w życiu czytałam Znachora. Ale poza Znachorem jest pełno innych fajnych książek. Teraz akurat, po totalnie odjazdowym Pamiętniku Pani Hanki - był ostatnio w TV, wersja z 63roku, ale przegapiłam - Kariera Nikodema Dyzmy i też pierwszy raz w życiu. I nawet nei oglądałam.
Mama dziś znalazła za garażami na swoim stałym miejscu prawdziwka i aż mnie dźgnęło. czyżby grzyby się nie skończyły? Jak dziś ani jutro nie będzie przymrozków, to w sobotę z rana biorę psa i jedziemy do lasu...

odchudzam-sie 2011-10-27 18:29:05
skomentuj (2)


ognisko

Jestem podekscytowana jak małolata przed pierwszą randką. Udało się nam – a w zasadzie mamie, jak być szczerym – znaleźć dla nas mieszkanie na zimę do wynajęcia, i to tylko po kosztach. Mieszkanie w pełni umeblowane stoi od dawna puste, bo dawna właścicielka zmarła, a jej córki są od wieków za granicą. Mieszkania obecnie pilnuje sąsiadka. Ja ich wszystkich znam, bo za młodego – do 9 roku życia – mieszkaliśmy z mamą i z tatą w malutkiej kawalerce tuż obok, na tym samym piętrze w bloku. A sąsiadka to mi kiedyś uratowała życie, bo własna mama szykowała się do zabicia mnie na absolutną śmierć, kiedy spaliłam przypadkiem tę kawalerkę. Dawne czasy, wracam więc na stare śmieci... ! 1 listopada przeprowadzka od mamy, gdzie, ku mojemu zdumieniu, stosunki zaczęły się wreszcie układać. Aby jednak ich nie popsuć, to jednak pomieszkamy oddzielnie ;)

Młodej ognisko udało się nadzwyczajnie. Był tort, który samiutka zrobiłam, nietypowy, bo z jabłkami, był pieczenie kiełbasek, szaszłyki upieczone sprytnie na dwóch rozpalonych w ognisku klocach drewnianych, sałatka, prezenty, straszne historie, napoje, pieczony chlebek, musztarda, keczup i opcjonalnie serek żółty. Profilaktycznie kupiłam worek drewna kominkowego, ale w sobotę rano pojechałyśmy najpierw nazbierać chrustu w lesie. Cały tydzień lało, wiatr i zimno, a akurat na ognisko Młodej pogoda się zrobiła super, jak na zamówienie. Niedaleko robią jakąś drogę leśną, wycinka i pełno rozmaitych drewek, klocków, gałęzi, konarów, do wyboru. Uzbierałyśmy, posortowałyśmy, przygotowałyśmy i naiwnie przyłożyłam do zgromadzonych zapasów kartkę z napisem „Uzbierane i zarezerwowane :)” Mama się tylko w głowę postukała, że zabiorą i tak. I co powiecie? Nikt nawet gałązki nie skroił. Wujek się śmieje, że to dlatego, że nikogo tam nie było, możliwe, ale jakbym ja zobaczyła takie drzewo, to na pewno bym nie wzięła, tylko uzbierała swoje. Siedzieliśmy do późna z Młodej koleżankami, aż do całkowitych leśnych ciemności. Raz jeden jakieś auto wjechało na parking z wyraźnym zamiarem ogniskowania, ale po ujrzeniu czeredy dzieciaków [Młoda i spółka], psów [Mireks] i dziadków [ja z wujkiem] zmienili zdanie.

Na co dzień obserwuję z rosnącym zdumieniem zabawny stosunek Mirki do Młodej. Już o tym pisałam, ale to się jakoś uwidacznia coraz bardziej. Jak tylko wiadomo, że Młoda jest w pobliżu, to Mirka zmienia się w Anioła Stróża. Jak śpi to pyskiem do niej. Jak leży to tak, żeby ją widzieć. Gdzie idzie Młoda, tam idzie Mirka. Jak Młoda znika z horyzontu, Mirka jest wyraźnie zdenerwowana i sfrustrowana faktem, że jej nie ma, nie wiadomo gdzie jest i kto ją chroni. Jak Młoda zamknie za sobą drzwi, Mirka siedzi pod drzwiami i piszczy i drapie. Najwyraźniej uważa za swój psi obowiązek pilnowania Młodej na każdym kroku. Śpi wyłącznie z Młodą w łóżku, albo pod, jak jej się gorąco zrobi. Jak Młoda z koleżankami wczoraj skakały, bawiły się, grały w coś tam, to Mirka skrupulatnie z nimi pilnowała. Jak poszły się wzajemnie straszyć do lasu, to był wiadomo, że Mirki przy ognisku już nie ma – biega na orbicie 10 metrowej wokół dziecka. Nie chciałabym widzieć, co by było, gdyby Młodej groziło jakieś realne niebezpieczeństwo, chociaż Mirka tak się zachowuje, jakby była przekonana, że tak właśnie cały czas jest i tylko jej czujne towarzystwo chroni Młodą przed strasznym światem. Nikt jej do tego nie trenował jakoś specjalnie, tyle, że Młoda ją cały czas traktuje jak siostrę.

Z Mamą lepiej. Z Tatą gorzej. O tyle fajnie, że po latach wrogości pogodzili się z siostrą, ciocią z Warszawy. Nie lubię konfliktów rodzinnych...



odchudzam-sie 2011-10-23 12:13:57
skomentuj (4)

zimno zaczyna być

Ilekroć siadam przed kompem, odbiegają mnie totalnie wszelkie myśli i jedyne na co mam ochotę, to sprawdzić, co tam u sławnych i bogatych, co też w necie za nowe memy powstały itd. A czas leci. No więc od tygodnia mieszkamy u mamy, co dzień, albo co dwa dni, dowożąc lub odwożąc rozmaite rzeczy z domu. Nie włączę ogrzewania nawet na minutę, dosyć się już energa napasła moim kosztem. Mama już ma wszczepiony kardiokonwerter defibrylator i po operacji jest bardzo słaba, już w domu, więc nawet dobrze się złożyło. Operacja jednakowoż nie złagodziła jej charakteru, więc wszyscy ciężko pracujemy nad codziennymi kompromisami.

Cały wrzesień chciałam napisać z rozgoryczeniem w głosie, że czy do jasnej cholery nie mogła być taka pogoda latem? Na łąkach pokazały się maki i rumianki, aż miło patrzeć. Gorzej, że teraz je przymrozki ścinają... a w sobotę to wręcz w lesie grzybki były zmarznięte na kość. Dobrze, że jesteśmy w miejscu gdzie działa ogrzewanie...


Ojciec w bardzo, bardzo złym stanie jest, cierpi ogromnie, ja nie wiem, jak mu pomóc.

Jakiś kaznodzieja wieszczy, że 21 października będzie koniec świata. Ale by nam wszystkim kopary opadły, jakby akurat tego dnia wybuchł ten wulkan 4 razy większy od tego sprzed roku, który to podobno szykuje się do wybuchu.

A Młoda na urodziny zażyczyła sobie ognisko z rozrywkami i tortem. Zajeżdżę się, a zrobię... Młoda jest mi ogromną pomocą na co dzień, i świetną przyjaciółką, jednak zaczyna wykazywać oznaki jakiejś, nie wiem, zaborczości, troski przesadzonej do maksa, nie wiem, czy grzeszę, ale chciałabym, żeby miała przyjaciół w swoim wieku. Nie wiem, może to gimnazjum tak na nią działa? Mnie jest z tym bardzo dobrze, miło i wygodnie, ale mam wrażenie, że im później wkroczy w okres buntu, tym trudniejszy on dla mnie będzie. Czy ktoś wie, jak zrobić szaszłyki na ognisku? Jedyne co mi przychodzi do głowy to grabie...

Po wyborach.. no cóż, wynik Palikota był interesujący, ale szkoda jednak, że nie większy, bo wtedy powstałe koalicje byłyby ciekawsze. Wierzę w jego sukces za 4 lata. Akcja z krzyżem – super. Polska całe wieki była ostoją tolerancji, miejscem, gdzie żyły zgodnie wszystkie wyznania świata, a raptem od wojny stała się ultra katolicka. Jak już wieszają krzyż, to niech powieszą wszystkie inne symbole też. Gardzę tymi tchórzami z SLD, którzy teraz zgodnie stwierdzają, że im nie przeszkadza. Mnie teoretycznie też nie przeszkadza, ale jest jakimś symbolem dominacji kościoła katolickiego w Polsce. A jeden z posłów powiedział coś w tym stylu, że jemu nie przeszkadza, ot bezużyteczny kawałek drewna wisi. I to jest to, co powinno obrazić katolika, że święty dla niego symbol jest dla drugiego bezużytecznym kawałkiem drewna! Zamiast trzymać te swoje krzyże w miejscach dla nich przeznaczonych, to wieszają byle gdzie i tak oto potem następuje w szybkim tempie dezawuacja symboli religijnych. Ale co ja tam gadam, znam się na tych religiach i uczuciach wszystkich jak kura na pieprzu.

Z zainteresowaniem czekam na kolejne wyczyny.

A na poniedziałek wierzące święcie w mamine umiejętności dziecko zgłosiło mnie na ochotnika do pieczenia ciasta na otrzęsiny, ależ to wyzwanie, nie mogę sobie pozwolić na wpadkę, zakalec czy coś. Nie znam mamy piekarnika, jutro zrobię jakieś próbne ciacho na blachę, do pracy wezmę, żeby nie kusiło.



odchudzam-sie 2011-10-18 21:41:53
skomentuj (7)