::księga gości::

światowo
postcrossing

lekko
skomentuj
jak schudłam

stanowczo
nie linkuję czarnych blogów z białymi napisami - bo nie

ciekawie
dintojra
foksal
DS
BabyBoom
Radziecki Termos
prawdziwie ostry dyżur
Amabilis
PS
segritta
celebrities again!
ulga dla dorosłych
alrisa
kot wspanialy
seszele
maldinka
sheena
Malkontentka
Droomland
Blog reklamowy :)
kurde co ja tu...
Lewy Hak
Sistermoon
Biurwokracja
Kizia
normalna
stoprocent
Karrotka
conieco
whoever
od rana do wieczora
paszczur
TUV
wektor
thea
jbk

bloguj się
Wejście

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Tagi

odchudzam-sie

Z różnych powodów nie zdążyłyśmy na rajd. Tzn zdążyłyśmy, ale na sam wyjazd. Na myśl o gonieniu za tymi kolarskimi wariatami poczułam niechęć, bo nie na tym polegają moje ulubione wycieczki rowerowe, mój rower nie da rady, i ja też. Więc wyruszyłyśmy na poszukiwania drugiej strony rzeki :) i znalazłyśmy! W końcu, po wcześniejszych miesiącach krążenia, pytania ludzi, udało się. Niestety droga tam nie jest fajna, sporo prowadziłyśmy rowery po piachu, i w sumie nie ma nic ciekawego. Ale znalazłyśmy! :) Ale tydzień wcześniej, jak zobaczyłyśmy z naszej skarpy, ze po drugiej stronie rzeki ktoś idzie, to już nie biegiem – aby uniknąć znowu jakiejś wpadki ze stopami – tylko pomalutku się zsuwałyśmy, drobiąc, przebierając i nawiązałyśmy rozmowę przez rzekę, jak w kawale o przechodniach w Nowym Jorku, „HALOOOOO  JAK PAŃSTWO SIĘ TAM DOSTALIIIIII?”

Teraz trzeba będzie sobie wybrać inny ambitny cel na lato :)

Bo nie wiem, czy mamy lecieć, czy nie… bilety są teraz w astronomicznych cenach, może wyślę samą Młodą? A ja potem pojadę… Nie mogłam ich kupić wcześniej, Tato miał nawrót raka i nie wiadomo było, czy … a i w ogóle. Szkoda. Powinnam była kupić w ciemno, bo i tak wiadomo, że musimy papiery podbić. Boże, ja czuję, że w końcu nam zabiorą te zielone karty, jak tak sobie będziemy na wakacje jeździć…

Słowotok dla wytrwałych:

Jestem w połowie kopenhaskiej, i dzień w dzień, a raczej noc w noc śni mi się kebab. Piję kawę, której nienawidzę. Muszę to jakoś przewalczyć, bo ta kopenhaska to tylko wstęp do zbilansowanej, mocno uszczuplonej diety, jaką kiedyś prowadziłam. Tym razem muszę schudnąć do 55 i nie ma dyskusji. Moją zgubą są słodycze i przepyszne kanapki, załadowane serem, sałatą, rzodkiewką, ogórkami, szczypiorkiem, które mogę rąbać non stop. Myślę, że jestem chora na umyśle, jedna z tych straszliwych chorób, uzależnienie od węglowodanów może, albo wbudowany w umysł wzorzec żarcia i upodobanie do tej przyjemności, jaka wynika ze zjedzenia czegoś pysznego, chociaż przecie to bardzo doraźna i chwilowa przyjemność. To tak jak szczur w klatce, który nauczony, że po naciśnięciu klapki dostaje drutami do mózgu uczucie orgazmu, naciska klapkę i umiera z rozkoszy, tak ja, przywiązana do chwilowych przyjemności, dążę do własnej zguby, skacząc wagowo z góry na dół, z dołu do góry, z jednej diety w drugą, ograniczona ruchowo przez ten posrany kręgosłup, któremu nota bene sama jestem winna. A propos, myślę, że chwilowo kręgosłup dał mi spokój, nie ma już strzałów bólu w nogę, może dlatego, że przyuczyłam się nie robić tych złych ruchów, a może dlatego, że stan zapalny minął, alleluja! Bo skierowania do sanatorium mi odmówili. Napisałam odwołanie, nafaszerowane oczywiście złośliwościami i sarkazmami, ale tym bardziej nie sądzę, aby to coś dało. Zapiszę się chociaż na to NFZowskie skierowanie, poczekam 2-3 lata, minie jak z bicza strzelił, dopłacę do zabiegów, ale co tam J Kiedyś będzie jak znalazł.

Ale poza tym wszystko jest naprawdę OK. :) Młoda w gimnazjum finiszuje bardzo, bardzo dobrze, jestem z niej dumna, zachowuje daleko idący rozsądek, nadal czekam z drżeniem na odchyły zachowania związane z dojrzewaniem, bo chyba lepiej prędzej niż później. Bo w to, że wcale, to nie wierzę. A im później tym gorzej, stwierdzam po swojej młodości:)

Jeździmy rowerami, ile się da, znalazłyśmy nową, ciekawą ścieżkę dla rowerzystów, ZNALAZŁAM MAŚLAKI!!!!  Ale tylko w jednym miejscu, szkoda, bo oczyma wyobraźni już widziałam koszyki wypełnione.



odchudzam-sie 2012-05-27 09:24:51
skomentuj (0)

panta rei

Zaczynam odczuwać w sobie jakąś zmianę. Nie wiem, czy to chwilowe, czy na dłużej. Przede wszystkim, nie ciągnie mnie już do kompa. Kiedyś potrafiłam siedzieć godzinami w necie, albo przy filmie, przy rozmowie z kimś ciekawym. Do późnej nocy, do świtu, a potem chodzić jak radosne zombie. Czasem nawet grałam w jakąś grę! A teraz? Komp głośno chodzi, głośniki uszkodzone, outlook się wysypał, nie chce mi się walczyć ani myśleć. Ale za to na imieniny dostałam piękną wieżę, więc tylko zgrywam co chcę na pendrive'a i słucham. No właśnie, słucham. Ale nie już nie ukochanego komercyjnego chłamu jak przez parę dobrych ostatnich lat, już nie czystego techno na zmianę z klasyką, ale zaczynam wracać do starości, począwszy od lat 50. Klasyka została. Młoda tylko oczami wywraca. Jak potrzebuję jakiś film obejrzeć, to na komórce służbowej w zupełnosci wystarczy - teraz zresztą tłukę kolejny, 17 już sezon Ryzykantów. Fajne to. Samochodem jeżdżę wolniej niż wolno i wszystko mam wdupie. Ostatnio byłam świadkiem 2 stłuczek, mało mnie to obeszło poza tym, że całe szczęście, że to nie we mnie cymbał wjechał.
Rozmawiać z nikim nie mam ochoty, ani nikogo podrywać. Czytam. Czytam. Czytam. Znowu stałam się stałą bywalczynią biblioteki.
I w ogóle.
Myślę, że to starość. Ostatni rok życia z 3 z przodu, definitywny koniec młodości.

Wszyscy w rodzinie mają telefon w Orange, tylko ja jedna w Erze. Chciałam więc przenieść numer do Orange i wreszcie przestać bulić za rozmowy, ale okazało się, że do tego muszę mieć zarejestrowany telefon. No i mam, tylko, że na exmęża, od 1999 roku. Po co ten baranek na skraju rozwodu rejestrował numer, skoro telefon i tak ja używałam, to nie wiem. No to zdecydowałam się zmienić po wielu latach numer. czekam jeszcze tylko na nowy dowód, żeby powiadomić wszelkie instytucje...

Jutro znowu rajd rowerowy. Jakoś nie chce mi się w nim uczestniczyć, brakuje mi tej werwy i energii, a może za gruba jestem. Może chytrze zapiszę się do rajdu, ale wyjadę godzinę wcześniej, żeby nie musieć jechać z wywalonym jęzorem za wszystkimi, tylko na spokojnie, krowy podziwiać, bez narwać, zdjęcie kaczki na stawie zrobić i wysikać się na świezym powietrzu. Co za przyjemność perwersyjna!

Są chwile, które mnie rozkładają. Wchodzę do klatki schodowej, prosto ze swiatła dziennego wkraczam w czarny korytarz. Celowo nie zapalam światła, schody znam na pamięć. Klatka jest długa i mroczna, ale na 4 piętrze są ogromne świetliki. I w miarę, jak się zbliżam do 4 piętra robi się coraz jaśniej, aby na samej górze ukazała się feeria światła, wzmocniona kolorem ścian, obdrapane, ale nadal beżowo- różowe, jasno, przestronnie, wesoło, słonecznie - najchętniej bym mieszkała na korytarzu. Działa to na mnie fenomenalnie, jak terapia światłem. Na tym czwartym piętrze mija mi natychmiast zadyszka poschodowa i robi mi się lepiej na duszy.

Bzu mam pod dostatkiem. Dziecko dziś wstało z rana, zrobiło śniadanie, przygotowało naręcze bzu, schowanego chytrze w pokoju za szafą i ucieszyła mnie pamięcią. Tym bardziej, że potem się okazało, że jakoś mi się przestawił zegarek, ja niemal w pełnym rynsztunku gotowa do wyjścia do pracy, a tu dochodzi szósta rano, a nie siódma. A ja, dopóki nie włożę soczewek z rana, to nic nie widzę i nie wiedziałam, która jest godzina. No jakoś tak wyszło - ale miło, godzina rano więcej do spędzenia z Młodą. A słońce z rana tak niewiarygodnie świeci w okna, pilnuję starannie, aby okna zasłonięte na wieczór na noc odsłonić, żeby to poranne słońce rozświetliło mi ściany i powietrze, żeby zbudził mnie wszechobecny blask.

Lubię.

odchudzam-sie 2012-05-18 19:18:38
skomentuj (7)


Majówka

Długi weekend skutecznie zniweczyła mi Szanowna Pani Główna Księgowa, na 2 miesiące przed nią oznajmując mi w oficjalnym mailu, że jestem w składzie komisji inwentaryzacyjnej. Nie miało więc sensu planowanie czegokolwiek, tym bardziej, że żal mi było kasy. Im więcej kasy mam odłożone, tym bardziej szkoda mi ją naruszać, tym bardziej, że to kasa na ewentualny wylot za ocean nie wiadomo kiedy. Ale może być w każdej chwili. A szkoda, bo pogoda jest/była piękna tej wiosny... A majówka, jako się rzekło, w pracy.

Konwalii u nas wciąż nie ma, nie mam więc jak dać ich mamie na imieniny jutrzejsze. Za to mam pęk narcyzów pięknych i półtora torta [kupiłam dwa spody, torta oficjalnego zrobiłam z 4 warstw, pozostałe dwie na pół i zrobiłam jeszcze pół torta, rozdam sąsiadom]  i amerykańska babka się piecze. A w schowku super bawełniana piżamka.
A w ogóle to jutro mama sama sobie zasponsorowała - chyba jednak z pomocą i za namową wujka - nowy telewizor, płaski, wiszący, więc jutro wielkie święto, idziemy kupować tv. Nie mam zielonego pojęcia co do oznaczeń, ale jak za 2 tysiące kupimy jakiś 37-40 calowy telewizor to chyba powinno być ok. Tym bardziej, że w starym rozwalił się pilot, zastępczy nie wchodzi w menu i nie ma jak ustawić programów, a nasza kablówka wiecznie coś miesza w ustawieniach. Gdyby nie fakt, że główny fachowiec to nasz dobry sąsiad, który całkiem po cichu i nie do końca legalnie podłączył nam naszą kablówkę tu, na wynajętym, to pewnie bym psioczyła, a tak to tylko pobłażliwie pomamroczę pod nosem.
Z Mirką byłyśmy nad jeziorem, pełne nowych chęci nauczenia psa pływać, ale to całkiem beznadziejna sprawa. Lubi się kąpać, chętnie wskakuje do wody, ale jak traci grunt, to natychmiast się wycofuje, tak jakby nie wiedziała, że może ruszać łapami i płynąć. Jak próbuje sięgnąć po kija, który pływa tuż, tuż, to tak zabawnie rozkracza tylne łapy, że wygląda jak latająca wiewiórka w locie. I nic jej wewnąterz nie mówi, że ma tymi łapami przebierać... Jak mi ktoś powie, że każdy pies intuicyjnie umie pływać, to go śmiechem zabiję.
Ale co tam, nasz pies ma milion innych zalet. Jest przywiązana, kochająca, mądra, bardzo, bardzo posłuszna w porównaniu do innych psów i NASZA. A od pływania i przynoszenia jej kijków z wody, to ma swoich ludzi ;)

Jest mi nareszcie o wiele lepiej niż było. Drzewa przybrały charakterystyczną barwę jadowitej, soczystej zieleni, aż człowiek chce się nażreć, napasać oczy tą zielenią, aż do przesycenia. To, że przetrwałyśmy zimę w tak doskonałych warunkach zrobiło mi naprawde dobrze. Chociaż jak idę do domu, swojego domu po coś, to jest mi jakoś przykro, i nieco wstyd. Tak jakbym była kapitanem, który uciekł ze statku, który wcale nie utonął. A potem wracam do siebie, budzę się w rozświetlonym wchodem słońca pokoju i cieszę się, że żyję, że mam kochającą rodzinę, świetną pracę, boskiego psa, miejsce do zimowania, że jest wiosna i niedługo bedzie lato.

odchudzam-sie 2012-05-04 21:32:29
skomentuj (5)


Barcelona

Barcelona jest przepiękna. Ma w sobie takie coś, co czyni ją troszkę lepszą Polską. Nie ma tak wstrząsającego kontrastu, jak np. Polska a Stany Zjednoczone. Wygląda swojsko, ale lepiej, przyjaźniej. W zasadzie chyba zacznę szukać jakichś tanich biletów i jeszcze tańszych noclegów, żebyśmy mogły tam pojechać z Młodą na spokojnie i zobaczyć cokolwiek, bo to mignięcie, które miałam, ciężko nazwać chociażby namiastką zwiedzania.

Podróż zaczęła się w poniedziałek o 3 rano, jechałam z koleżanką K. busem do Szczecina i dalej, po szybkiej przesiadce, do Berlina. Na Targach wszyscy się dziwili, bo Polska generalnie leciała z Warszawy jednym samolotem i wracała jednym, więc to był tak jakby wesoły autobus. Ale nam naprawdę o wiele szybciej i wygodniej z Berlina… Miałam pierwotnie w planach jechać służbowym autem, ale byłabym wymęczona, po wszystkim jeszcze musiałabym się martwić o odstawienie zatankowanego i wysprzątanego auta do firmy, że nie wspomnę o pamiątkowych fotografiach i możliwościach pobłądzenia, chociaż w sumie to ciężko zabłądzić, jak to jest parę setek kilometrów prostą drogą.

Kierowcą busa był przepiękny młody człowiek, z twarzy tak piękny, że nie umiem znaleźć innego słowa. Niestety czar prysł, kiedy się szeroko uśmiechnął. Tak, nieszczęsna czwórka. Całe szczęście, mogłam na spokojnie wytrzeć cieknącą ślinę i podnieść szczękę.

W Berlinie o 8, samolot o 11, droga minęła całkiem spokojnie. Jako maniaczka organizacji miałam wszyściutko rozpisane. Wiedziałam więc o REWELACYJNYM wynalazku, tj. Aerobusie, który odchodzi z lotniska co 5 minut przez cała dobę i za małe pieniądze jedzie aż do samego centrum, a nasz hotel był 150 m od ostatniego przystanku na Placa Cataluna. Tzn ja nie wiedziałam, że to takie centrum, aż nie dojechałyśmy na miejsce. Trochę to tak było, jakbyśmy mieszkały tuż koło Sukiennic w Krakowie.

Pokój okazał się stodołą wysoką na jakieś 6 m, zimną stodołą. W Barcelonie była pogoda mniej więcej taka jak u nas, chłodno, a mimo to PALMY i widziałyśmy papugę! Pewnie tak po prostu trafiłyśmy. Komunikacja miejska świetnie oznaczona, bardzo dobrze rozwinięta, taksówki miejskie jednolicie oznaczone, parę razy jechałyśmy i nawet za przejechanie Barcelony w poprzek w środku nocy nie zapłaciłyśmy nawet 15 Eur. A podejrzewam, że za przejechanie Warszawy w poprzek w nocy musiałabym dać ze stówę, o ile trafiłabym na uczciwą taksówkę.

Po rozpakowaniu się wyszłyśmy coś zjeść, trafiłyśmy na zabawnego polskojęzycznego kelnera. Po czym postanowiłyśmy iść zwiedzać. Niestety zrobiło nam się zimno – wracamy więc po kurtki. Po zjedzeniu jednak tak nas rozłożyło zmęczenie, że padłyśmy spać. Wstałyśmy akurat na pierwszą imprezę.

Schemat wszystkich imprez, na których byłyśmy, był taki sam – woda, wino, konwersacja, przystawki, wino, konwersacja, bułeczki, wino, konwersacja, długo nic, danie z ryb, wino, konwersacja, długo nic, konwersacja, wino, danie z mięsa, wino, konwersacja, wino, długo nic, deser, wino, konwersacja i w nogi. Można umrzeć z przejedzenia, bo gdyby zjeść wszystko naraz, to człowiek by się najadł po rybie, a tak to dopychałyśmy się i to wszystko było rozciągnięte w czasie. Jedzenie hiszpańskie pycha. Można zdecydowanie przekonać się do owoców morza. We wtorek i środę od rana do późnego popołudnia targi, a wieczorem na zaproszone imprezy. Usłyszałam o sobie ogromny komplement, wygłoszony z mocnym przekąsem przez jednego z dostawców, mianowicie zostałam nazwana Cenowym Killerem, dla mnie rewelacja, powinnam iść do szefowej po podwyżkę ;) Jedna z imprez miała miejsce w nocnym klubie to wybawiłam się po prostu setnie, była tam masa ludzi w moim wieku, muzyka taka jak lubię, czyli najnowszy komercyjny chłam, nie miałam pod opieką dziecka, ani auta do prowadzenia, mogłam pić darmowe wino w dużej ilości, jakieś przekąski były, zero zaćpanych małolatów i roznegliżowanych, wpędzających w kompleksy panienek, korzystałam z możliwości dzikiego tańca ile mogłam i to było na tych Targach najlepsze:)

Ze wszystkiego najlepszy był powrót. W czwartek wczesna pobudka, śniadanie z pierwszą turą o 7:30, szybko do Aerobusu i na lotnisko. Tak pomyślałam, że jak o 9 będziemy na miejscu, a odlot o 10:35 to wystarczy. Jednakże w swoim genialnym planowaniu nie wzięłam pod uwagę godzin szczytu, więc na lotnisku byłyśmy kwadrans po 9. Wszystko byłoby świetnie, gdyby się nie okazało, że to niewłaściwe lotnisko, a raczej jego część :D kolejny kwadrans na znalezienie busa i dojazd na właściwy terminal, przy czym ponownie wysiadłyśmy na niewłaściwym podterminalu właściwego terminala. O 9:45, zmachane jak konie, spocone, czerwone, z lekka już podenerwowane, odprawione, znalazłyśmy się pod właściwą bramką na pierwszej pozycji. Po czym się okazało, że koleżanki walizka, wypchana folderami, próbkami, katalogami i materiałami reklamowymi z targów - nie wchodzi do koszyka. Koleżanka, władająca angielskim gorzej niż ja, wyjęczała, Ola, pomóż mi, co ja mam zrobić! Walizka, z tego co słyszałam, i tak była przeznaczona do zniszczenia, jako stara, więc postanowiłyśmy ją zniszczyć od razu poprzez wyłamanie kółek. Oczywiście się nie udało. Poszłam do sklepu, szukać młotka, albo innego ostrego, twardego narzędzia. Nic. Poprosiłyśmy młodego, napakowanego człowieka o pomoc w zniszczeniu walizki. Facet się zaparł, zasapał, spocił okrutnie, odpruł stelaż od walizki, ale nie zniszczył jej w stopniu wystarczającym. Walizka, papierowa, chińska, najtańsza, okazała się dalece odporna na ręczną destrukcję. K, klnąc pod nosem, wyłożyła 50 Eur dopłaty, odgrażając się, i słusznie, że dołoży to do rozliczenia delegacji.

Na pokład weszłyśmy oczywiście jako ostatnie. Po wylądowaniu biegiem na busa i po małych perypetiach jeszcze po drodze wylądowałyśmy w domu, roześmiane, rozbawione, ale zadowolone z wyprawy, a ja dodatkowo przeziębiona, z mocnym postanowieniem powrotu do Barcelony celem zobaczenia jej dokładnie.

I tyle :)



odchudzam-sie 2012-04-21 14:24:03
skomentuj (19)

nieobecna/out of office

W nocy z niedzieli na poniedziałek o 2:30 wyjazd, nie wiem, czy jest sens się w ogóle kłaść spac;) Busem do Berlina, potem samolotem. Poniedziałek wieczór, uroczysta kolacja, wtorek wieczór, dwie kolacje, z czego jedna w Muzeum jakimś cudnym, a druga w nocnym klubie, w środę jeszcze jedna. Byłam na tę okoliczność dziś odwiedzić parę sklepów i przypomniała mi się stara nienawiść do własnego tłustego cielska. Niemniej udało mi się znaleźc parę fajnych ciuchów, NOWYCH. A ponieważ neurochirurg powiedział mi własnie dziś jasno - "albo Pani schudnie, albo proszę szykować się do kolejnej operacji", więc mam nadzieję, że uda mi się tego ZNOWu dokonać, szkoda tylko, że wspomagaczy już nie ma. UDA SIĘ. Musi się udać. Po powrocie :)

A póki co, piosenka. Freddie Mercury i Monserrat Caballe BARCELOOONAAAAA  Ach, ach, zawsze ją lubiłam.

Ja teraz to nawet jak ta Monserrat wyglądam, zwłaszcza we wtorki od 17 do 19 [chórek]. Tylko możliwości wokalne, jakby, niestety, nie te ;)

odchudzam-sie 2012-04-14 22:10:57
skomentuj (15)


wiosna

W lasku miejskim wyrosły takie charakterystyczne białe kwiatki, co prawda to wciąż nie jest biały dywan, ale już, już , prawie, i od dziś jest BOCiAN! w dyżurnym gnieździe po drodze do pracy, to znak, że na bank już wiosna. Alleluja, kurde, bo chociaż ta zima bardzo łaskawa dla mnie była, ciepło, to mieszkanie, mało śniegu i w ogóle, to jednak wolę ciepło niż zimno i czas już na wiosnę.

Byłam dziś na pierwszym masażu, facet jak koń wielki i umięśniony, myślę sobie, o kurde, da mi zaraz popalić, że ducha wyzionę. A gosciu tymczasem sprytnie wygłaskał, wymasował, pocisnął coś tam po kręgach i od razu zrobiło mi się lepiej. Ale gościu powiedział otwarcie coś, czego się od jakiegoś czasu domyślałam - jest pani otłuszczona [bezczelny] i stąd nawrót choroby. Czyli co, wracam z Barcelony i faza na odchudzanie od nowa, tak?

Ale i tak składam wniosek o sanatorium.

Remont skończony. Nie do końca jestem zadowolona - wszystko szło super aż do samej soboty, ostatni dzień, kiedy to okazało się, że przecudowny zlewozmywak, z którego byłam tak dumna... ma dziury i rury pośrodku, co uniemożliwia wstawienie butli gazowej pod zlew w żadnej, ale to żadnej pozycji. Trzeba było w trybie pilnym dokupić kolejny, fuck. Ponadto z suszarkami na naczynia jest jedna wielka porażka, tego też nie wymyśliłam dobrze i mama jest tak jakby wściekła, czemu się nie dziwię. Ale zawsze po tak gruntownym remoncie trzeba się przyzwyczaić, zapamiętać, gdzie co leży, bo szuflad i szafek od cholery, no i wszystko ogólnie wygląda ładnie. Ja bym tam jeszcze walnęła jakiś border niebiesko-plażowy między biała ścianą a żółtą lamperią olejową, ale możliwe, że to wieś, poza tym nie mój biznes, jak mama nie chce.

Ogólnie dobrze, że już zaraz wtorek, a teraz czas się szukować na basen. Pan obiecał, że nauczy mnie pływać kraulem, hehehe, to będzie widowisko i na szczęscie, ze basen ma metr głebokości i 4 osoby obecne, to ani się nie utopię, ani wstydu na całe miasto nie będzie.

odchudzam-sie 2012-04-02 20:36:02
skomentuj (11)


Już nie panna z odzysku

Ponieważ już od jakiegoś czasu mój celibat jest przeszłością, czas ustabilizować sytuację. W przyszły poniedziałek zmieniam nazwisko :) Uroczystość będzie w gronie rodzinnym, ale chętnie przyjmę tu życzenia.

odchudzam-sie 2012-04-01 09:42:29
skomentuj (19)


Nowy remont cz.2

Remont trwa. Zeszły tydzień spędziłam na zasięganiu rad, wybieraniu, dyskusjach ze sprzedawcami, ale w końcu udało mi się osiągnąć, co chciałam. U mamy już w sobotę w jednym pokoju piętrzyła się góra nowych sprzętów, włącznie ze srebrną kuchenką.

W poniedziałek wkroczył pan od remontu. Liczyłam na znajomego, ale ze znajomymi to się dobrze na zdjęciach wychodzi. Całkiem przypadkiem udało mi się znaleźć fachowca, zaśpiewał niedrogo, a pracuje baaardzo przyzwoicie. Jutro wkracza stolarz i dopiero będzie jazda bez trzymanki. Na piątek po południu kuchnia powinna już stać w całości, alleluja! Tyle rzeczy mogło się nie udać, a na razie wszystko gra, odpukać.

Ja chyba załatwianiem dla ojca gorsetu wywołałam wilka z lasu. Po 5 zabiegach z prądem poczułam wyraźne pogorszenie sytuacji z kręgosłupem i wpadłam wręcz w histerię – zaczęło boleć jak kiedyś, przy zgięciu, skręcie, a w poniedziałek to ledwo wpełzłam, bo inaczej tego bym nie nazwała, na to nasze 4.piętro. Za zabiegi podziękowałam i już po 3 dniach bez zabiegów się poprawiło, mam więc nadzieję, że to był chwilowy stan zapalny, wywołany tymi posranymi diadynamikami czy interdyny, a nie nawrót tego, co było – muszę być bardzo ostrożna. Wzięcie do ręki czegoś więcej niż torebka z portfelem i śniadaniem w środku wywołuje wredny ból, więc jeśli chodzi o pomoc mamie w domu, poza organizacją wszystkiego, to mnie reprezentuje dziecko. Na basen chodzę wieczorem, jest ok., trochę pływania na pleckach, trochę gimnastyki. Od poniedziałku zaczynam masaże. Och, żeby tylko nie kolejna operacja, bo tego bólu wściekłego drugi raz nie zniosę. Na wszelki wypadek umówiłam się do neurochirurga, prywatnie za 3 tygodnie, państwowo w listopadzie. Paranoja jakaś… A ciekawe, czy by mi się nie udało zorganizować jakoś skierowania do sanatorium… Już tam by mnie naprawili.

A Młoda sama ma kłopoty. Kiedy w październiku zerwała ścięgno, na zdjęciu się okazało, że ma jakieś zbędne wyrostki przy kostce od wewnątrz i one ją coraz bardziej bolą. Wtedy ortopeda powiedział, że jak zakończy się jej rozwój kostny, to trzeba je będzie operacyjnie usunąć, ale ja nie jestem pewna, czy nie trzeba będzie robić tego wcześniej. Młoda nie odpuszcza, walczy dzielnie, chodzi na piłkę ręczną dodatkowo, na step swój ulubiony i nie przyjmuje do wiadomości, że w ten sposób może powoduje dalszy ból. Jutro wzięłam wolne na okoliczność stolarza i występu Młodej w szkole, to po południu pójdziemy zająć strategiczne miejsce w kolejce do ortopedy. Kobita prawie taka jak ja, zaraz będzie wyższa, mądra, dobrze ułożona, gaduła, silna, zaradna, ale ja nadal z rozczuleniem myślę o niej „Maluszek”.To będzie wspaniała kobieta, życzę jej, aby spotkała kiedyś jakiegoś fantastycznego faceta, kochającego ją i szanującego, żeby była szczęśliwa w życiu i miała dużo dzieci [w swoim czasie, byle nie za późno].

 

 



odchudzam-sie 2012-03-28 23:27:57
skomentuj (6)

Nowy remont

Na wiosnę mnie zawsze wena ogarnia. Tym razem postanowiłam uszczęśliwić Mamę, która od dawna narzeka na stare meble w kuchni. Ponieważ od równie dawna deklaruje gotowośc do ponoszenia wydatków, no to kurde... czas zacząć zabawę, kocham te organizacyjne rozrywki.
Stolarz i meble zamówione. Mam zamiar zamówić zaraz zlewozmywak, baterię, suszarkę i kuchenkę. Oraz karnisze, lampę, wykładzinę PCV na podłogę i kolor na ściany. Jak ktoś ma radę, sprawdzone słowo, cokolwiek do powiedzenia w temacie, niech powie to teraz albo zamilknie na wieki.
Stolarz się spiął, meble będą na przyszły czwartek, we wtorek muszę wpuścić ekipę remontową [starzy koledzy z byłej pracy], która wyniesie stare klamoty, wymaluje, położy podłogę i wniesie lodówkę, nową kuchenkę, aaaa i jeszcze muszę załatwić gazownika i hydraulika. OKAP! jezus maria, spółdzielnia nie pozwala okapu podłączyć, ale coś musi tam być, stolarz coś mówił o jakimś pochłaniaczu...
Wszystko przed świetami. Mama oczywiście już teraz się odgraża, że ona tego nie przezyje, że po co ją dręczę, chociaż de facto jeszcze w samym domu nic się nie dzieje, a dopiero wszystko jest na etapie spinania i to przeze mnie. Proponowałam jej wyprowadzkkę na trzy dni ne stare śmieci, ale to oczywiście jest jak gadanie do ściany, mama jest głucha na argumenty, jedynie powtarza, daj mi spokój, nie dręcz mnie, na co mi to wszystko, po co mi to robisz. Uffff, przez najbliższe dwa tygodnie będę musiała naprawde wytężyć cierpliwość, żeby nie jebnąć po prostu wszystkim i dać sobie spokój - chociaż wiem, że ten remont jest BARDZO potrzebny, a po wszystkim mama będzie zadowolona. Stolarz ten sam, który mi kiedyś robił meble. Ufam mu i wiem, że zrobi dobrze, solidnie i nie naciagnie.
Chodzę na te prądy i szczerze mówiąc, to czuję się po nich coraz gorzej, nie wiem czemu. I mam nadzieję, że to faktycznie od prądów czuję się gorzej, a nie od nowej przepukliny, tfuuu! Wpisałam się na zajęcia rehabilitacyjne na basenie, niestety za pieniądze, i drugie niestety, jedyne wolne miejsce było o 21:30. Ponieważ jednocześnie muszę nadrobić zaległości w pracy, więc wstaję o 5, no i ten remont, więc chyba w niedługim czasie się zajeżdżę. Jakoś tak myślę, że chyba poproszę o wpisanie mnie jednak na inną godzinę...

Na okoliczność okrągłej rocznicy w pracy i urodzin upiekłam obowiązkową babkę amerykańską, tym razem w wersji tropikalnej "zeberka", a na drugie ryż z krewetkami, po wypróbowaniu najpierw przepisu na obiad w domu. Mimo, że sporo ostrej papryki w środku, to och, jakie pyszne... Zdecydowałam, że krewetki po tajsku będą starym rodzinnym przepisem, kolejnym po amerykańskiej babce, któej przepis pochodzi jeszcze od przodków z prerii. 



odchudzam-sie 2012-03-19 19:56:16
skomentuj (27)


olej po krewetkach, czyli chytry dwa razy traci, a leniwy dwa razy robi

Pewnego razu postanowiłyśmy z Młodą zrobić sobie krewetki – w Stanach jadłyśmy je poczęstowane, jako rodzaj rodzinnej tradycji, jedna mała knajpka, która robi je najlepiej, no ale koszty, wiadomo. No ale cóż stoi na przeszkodzie zrobić je w domu – kupiłyśmy mrożone na wagę, przygotowałyśmy duuużo oleju i znalezioną w schowku frytkownicę, ciasto naleśnikowe ciut gęstsze i jazda. Krewetki wyszły obłędnie, jedna miała jakieś 3 tysiące kalorii, ale pikuś tam. Ponieważ ja się nie znam na tych maszyneriach, musiałam zużyć naprawdę dużo oleju, który potem został. Więc po wszystkim przefiltrowałam go przez podwójną czystą ścierkę, wlałam do 2 wiaderek i pomału zużywałam, no kurde, szkoda, żebym wylała olej za 9 pln/l.

No i ostatni otworzyłam drugie wiaderko. Po czym je zrzuciłam na ziemię. Za kuchenką, za rozsypującą się szafką. Wskutek nierównej podłogi, alleluja, na szczęście trochę wyleciało, ale została do umycia jakieś pół metra ściany do umycia i bóg wie ile oleju pod kuchenką i pod / za szafką. Nie znam niestety dokładnej skali zniszczeń, albowiem boję się cokolwiek ruszyć, kuchenka wiekowa, szafka rozsypująca się, stoją w tym miejscu od wielu, wielu lat, a co najmniej od 3-4, kiedy wyjechała właścicielka. A pewnie nie ruszała mebli przed wyjazdem, jako, ze to babcia. Inna sprawa, że nie mam gdzie ich przesunąć, bo kuchnia malutka, zastawiona rozsypującymi się klamotami i musiałabym totalnie wszystko wystawić na korytarz, żeby się tam dostać.Nie wspomnę tu o moim biednym kręgosłupie.

Ja pierdzielę, jak ja teraz mam ciasto upiec, a jak mi to wszystko stanie w żywym ogniu?Jak ten olej wydobyć stamtąd?

A i jeszcze coś. "Prawo Agaty". W pierwszym czy tam drugim odcinku pokazano faceta, bogatego faceta, którego żona zdradziła z kierowcą, dziecko powstałe z tego związku zostału uznane za dziecko tego bogacza, a bohaterką odcinka była prawniczka, która wywalczyła dla tego kierowcy prawa rodzicielskie, a kierowca i żona bogacza żyli długo i szczęśliwie. KURDE! Czy ktoś pomyślał o tym bogaczu? Nie dość , że został upokorzony zdradą żony, którą utrzymywał całe życie - i to z kim, personelem niższym, kierowcą, potem okazało się, że jego syn nie jest jego synem, po czym żona zabrała i siebie, i dziecko i poszła sobie, zostawiajac go bez syna, na lodzie. I został on pokazany jako bezwzględny cham, stojący na drodze szczęścia żonki i kierowcy. Kurde, kto tu jest ofiarą? 

Widzę, że za bardzo przeżywam te seriale ostatnio. Dojdzie do tego, że będę M jak barwy życia oglądać. 

Jakoś poodsuwałam te szafki i wymyłam podłogę, zgodnie z moimi przewidywaniami zarośniętą brudem od wielu lat. Horror.



odchudzam-sie 2012-03-11 12:21:14
skomentuj (4)

Mirka ma brodawczaka wirusowego

Wbrew swoim przekonaniom skusiłam się na polski serial, a mianowicie Komisarz Alex na TVP1. Oczywiście wyłącznie ze względu na psa. Już tam pikuś, co piszą, i mają rację, że skąd u takiego młodziaka wysoki stopień, wypasiony wóz i jeszcze bardziej wypasiona chata. Ale do szewskiej pasji doprowadza mnie, że pies w domu ma na sobie kolczatkę. Zdjąc pieskowi to cholerne żelastwo! pies nie powinien nosić ciagle kolczatki, bo traci na nią wrażliwość. Po co ma się mu wycierać sierść na szyi, po co zbliznowacenia? Biedny Alex nosi tę kolczatkę non stop, w domu, w łózku, na służbie, bez sensu. Mirka nosi obrożę skórzaną, czerwoną, a kolczatkę ma na wszelki wypadek. Teoretycznie do lekarza.
A bo własnie, wyrósł jej jakiś parch, lekarz mówi, że brodawczak wirusowy, czy jakoś tak, i jutro ma wycięcie pod narkozą. Będzie dobrze.

Tydzien dobroci się skończył. Bezdomny - tu chciałabym wyprostować domysły, jego mama nie jest absolutnie właścicielką naszego mieszkania, tylko 3 piętra niżej. Znikł na dwa dni, a potem zjawił się ponownie, totalnei zapruty, zasikany, okupuje drzwi. Moja dobroć ma swoje granice, palenia i chlania do upadłego nie znoszę. Jak wytrzeźwieje i wciąz będzie, to dostanie termos i może jedzenie.

No, wyszła jeszcze komuś przepyszna babeczka? :)

Ja zrobiłam na Dziań Kobiet do pracy, było bardzo miło, dostałam kwiatka i paru panów przyszło ze słodyczami. Miłe :)

odchudzam-sie 2012-03-09 22:08:22
skomentuj (4)


Amerykańska babka

Nie wiem od czego zacząć, więc wstawię przepis na zajebiście przepyszną babkę amerykańską. Uwaga – jak każde ciasto dla tych, co nie zważają na kalorie. Ciasto jest obłędnie przepyszne i smakuje każdemu. Myślę, że jest w środku jakaś kombinacja składników, która uzależnia. Cały przepis był na półtorej podanej pod spodem porcji, taka hojna amerykańska dawka dla tłuściochów, my się odchudzamy, więc ją zmniejszyłam do 2/3 i wychodzi prodiż z kominem, albo długa keksówka. Na pewno kawałek ma o 1/3 mniej kalorii ;) Przepis jest tajny, więc nikomu nie mówcie.

Składniki:

Serek Philadelphia 150g. Ja tam zastępczo używam każdego serka śniadaniowego, oczywiście bez szczypiorku, ziół, czy czosnku, raz dałam serek homogenizowany słodki i też było dobrze. Innym razem dałam twarożek sernikowy z wiaderka. Serka raczej więcej niż mniej. Oczywiście jak ktoś ma ORYGINALNOM FILADELFIE to w ogóle luksus.

4 jajka

2/3 kostki margaryny + 1/3 masła, albo inna dowolna kombinacja, byleby razem było 200g

2 szklanki cukru

1 ½ szklanki mąki + ½ szklanki mąki ziemniaczanej, albo inna kombinacja, byleby trochę tej ziemniaczanej jednak dać.

1 łyżeczka proszku do pieczenia – wiem, że wygląda dziwnie mało, ale wystarcza, nie wiem jakim cudem.

 

Teraz co robimy:

Najpierw ucieramy serek, miękkie masło, margarynę, cukier + cukier wanilinowy. Mocno ucieramy. Potem dokładamy po 1 żółtku i nadal ucieramy. Jak ktoś ma mikser mobilny, czyli blender, to doskonałe ciasto do współpracy z dzieckiem. Potem dosypujemy [teoretycznie przesianą] mąkę z proszkiem do pieczenia. W międzyczasie wstawiamy piekarnik na 175*C, a dziecko niech przygotuje foremkę. Uwaga – mała keksówka będzie za mała.

Teraz szybko ucieramy 4 białka z odrobiną soli – ta sól jest bardzo ważna, bo troszkę przełamuje smak. Oczywiście dodajemy do ciasta i ręcznie mieszamy.

Ja do części ciasta, mniejszej części, dodaję trochę kakao, i rozkładam fantazyjnie na dnie foremki. Albo na wierzchu ciasta. Uwaga – ciasto wychodzi b.gęste, a część z kakao jest jeszcze gęstsza. Trzeba je rozkładać łyżką i spychać paluchem.

Pieczenie – w oryginale 30 min w 175st i godzinę w 165st. Ponieważ mój piekarnik nie dopieka, a ciasta jest mniej, więc wychodzi to samo, ale Wy sobie sprawdzajcie patyczkiem.

W międzyczasie robimy lukier – sok z połówki cytryny i cukier puder. Musi być cytryna. Jak ciasto wystygnie trochę, to wywracamy je do góry nogami i smarujemy tym lukrem po dnie, który teraz jest wierzchem ciasta.

Jezu, jaki odjazd to ciasto…! Niech ktoś zrobi i powie, że pyszne wyszło. A jeszcze z tym lukrem cytrynowym, och...

Mamy na klatce schodowej wywieszone sznurki do suszenia bielizny. Tradycję tych sznurków wprowadziła moja mama 40 lat temu i do dziś się trzyma. Nie wszyscy wieszają, ale na pewno ktoś jeszcze prócz nas. Pranie schnie bardzo szybko. Ostatnio zgarnęłam co było, poprasowałam, rozdzieliłam. Młoda przyszła z reklamacją, że to nie jest jej koszulka, o, kurde. No to rozwiesiłam ją uprasowaną na klatce i nikt jej nie chce teraz odebrać…

Było zebranie w mieszkaniówce dziś, 2 godziny dyskusji i pieprzenia, wynikło z tego jak zwykle, że nie mamy pieniędzy, a nawet jakbyśmy mieli, to właściciel większościowy, czyli miasto, nie ma dokąd wykwaterować swoich menelskich lokatorów, bo gdziekolwiek by się ich wykwaterowało, tam zaraz zrobią meliny od nowa. Koniec. Wszyscy czekają bez specjalnego zniecierpliwienia, aż się wszystko zawali. Muszę sprawdzić, do kiedy mam mieszkanie ubezpieczone.

Z drżeniem czekam na kwiecień, bo nie mam jeszcze wieści, czy możemy tu zostać na dłużej.

Zrobiłam sobie krzywdę, bo zaparłam się na Szóstkę Weidera. Oczywiście po tygodniu skrupulatnych ćwiczeń szlag mi trafił kręgosłup, bolesne strzały w lewą nogę. Dałam se siana z tą szóstką, zapisałam się w końcu na zaległe masaże i jakieś tam lasery, no i chyba dodatkowo na gimnastykę leczniczą na naszym basenie szpitalnym [do pasa], niestety płatną. Ale chwilowo jestem nie do życia, a na pewno nie do skrętów. Chodzę, kucam, siadam połamana, jakbym miała kij w dupie.

Na piętrze pojawił się bezdomny. To podobno syn właścicielki mieszkania, która jest w szpitalu. Nie ma z nią kontaktu, zresztą to nie moja sprawa, nie znam nawet nazwiska. Jednak nie jestem zupełnie odporna na nędzę, więc od kilku dni zanoszę facetowi termos z herbatą, jakieś jedzenie i trochę owoców. Nie śmierdzi od niego wódką, jedynie brudem i biedą. Strasznie zaniedbany. Siedzi pod drzwiami i czeka, a w nocy leży, śpi i czeka. Jak pies. Nie zaczepia nikogo, nie odzywa się, nie przeszkadza, nie awanturuje.

 



odchudzam-sie 2012-03-06 20:35:59
skomentuj (16)

Wujek Edek nie żyje

Znienacka umarł Wujek Edek. To taki super wujek z 3miasta. Tzn dawno sie nie widzielismy, ale z dziecinstwa pamietalam go jako wujka srogiego, ale pelnego humoru, co to krzyczal mocno, ale mial dobre serce. Cale zycie palil jak smok, a teraz zmarl na raka pluc. Bylam w sobote na pogrzebie. Spotkalam sie z rodzina. Żałuję bardzo, że nie wzięłam Młodej ze sobą, ale musiała zostać z mamą, która bardzo źle to zniosła i nie była w stanie jechać. Szkoda, wielka szkoda, ze ta nasza rodzina mieszka tak daleko, i ze strony mamy, i ze strony taty, wszyscy po Polsce rozsiani. A to są fajni ludzie i chciałabym być bliżej ich wszystkich i mieć stały kontakt na co dzień. Nie lubię mieć małej rodziny. Chyba m.in. dlatego zapisałam się do chóru, żeby czuć przynależność do jakiejś większej grupy.  W każdym razie Wujek Edek fajny był i dzięki niemu byłam na cudownej wycieczce do Bułgarii za młodego. Nikt z rodziny nie jest wierzący, Wujek Edek wyganiał każdego klechę, co mu się pod nogi wpatoczył, weszliśmy do kaplicy, gdzie stała urna z prochami, a tam! Kółko Różańcowe zaczęło klepać zdrowaśki. Wszyscy byli zdumieni, bo absolutnie nikt takiej "uslugi" nie zamawial, ale nikt nic nie powiedzial, wszyscy siedzieli w milczeniu. W koncu ksiadz, znajomy rodziny, nie wytrzymal poirytowanych westchnien w powietrzu i przerwal różaniec w poł słowa.

Miałam nadzieję, że powiązanie wujek Edek+papierosy=rak płuc=śmierć jakoś do mamy przemówi, ale niestety. Mama nie widzi związku.

Założyłam chórowi bloga i poległam całkowicie. Musiałam uzyć nowego "ulepszonego" bloga, a tam jest wszystko jakoś inaczej i nie rozumiem tego wszystkiego. Umiem wstawić linka, ale już dodanie linka do fb, czy wywalenie jakiejś głupiej kolumny z wordpresssem przerasta moje możliwości. Wszędzie jest używane jakieś mało intuicyjne słownictwo, tabelki, widgety, wodrpress, Arbitrary text, shortcodes or PHP code, YARPP, Nextgen. Kiedyś wystarczyło założyć bloga, wybrać szablon i zacząc pisać. A teraz? Cala strona przypomina żywcem wyrwana z jakiegoś targowiska, całość jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, nie umiem się w tym odnaleźć i chyba muszę poszukać jakiegoś innego portalu do spisywania osiagnięć. Chyba jestem już za stara i nie łapię się w nowych technologiach...  Ktoś może coś polecić?

Muszę powiedzieć, że bardzo polubiłam to mieszkanie. Nie mogę nacieszyć się LUKSUSEM, jakim jest centralne ogrzewanie. Sprzątamy z Młodą regularnie i skrupulatnie, gotujemy, upiększamy dom, chociaż mamy świadomość, że nie jest nasz, tylko pozyczony. Ma okna na wschód, a w kuchni na południe. Jest zdecydowanie jasne. Każda z nas ma swoje miejsce [chociaż nadal ogromną ilość czasu spędzamy razem w jednym pokoju]. Po 3-krotnym przestawieniu gratów w końcu trafiłyśmy w odpowiednie, takie, które nas koi.

Mam nadzieję, że zima mija na dobre...

odchudzam-sie 2012-02-19 12:48:02
skomentuj (8)


ISTJ

Opętana obsesją kontrolowania introwertyczka z brakiem z zakresie negocjacji, żebrząca o akceptację otoczenia. Tyle mi wyszło z testów psychologicznych. ISTJ jak strzelił, z mocnym naciskiem na S. Ciekawe jak to się ma do burdelu na moim biurku, który znika tylko raz w tygodniu, w piątek po południu, zgodnie z umową z panią sprzątającą. Nadawałabym się może na komunistycznego kierownika, co to się sztywno zasad trzyma, ale nie na pełną kreatywności osobę, mającą wymyślić sposoby na oszczędności w firmie. Zastanawiam się tylko, czy to jest to jaka jestem, czy tez tak chcę być postrzegana i do jakiego wizerunku dążę. Bree Van De Kamp...

W sierpniu, jak słyszałam w radiu, Madonna znowu da koncert w Polsce. Całe szczęscie, że byłam już na nim i wystarczy mi tyle przeżyć. Z przyjemnością obejrzę go w tv, bo na pewno jakaś relacja będzie, jak nie z Warszawy, to z innego miasta na tej samej strasie koncertowej.

Śnieg spadł wczoraj w nocy, więc do garażu szłam z pewną obawą, tym bardziej, że łopata wraz z całym zimowym wyposażeniem, takim jak torba z piachem, została sprzedana wraz z Florką. Ale dałam radę, wyjechałam, a odkopywać będę kiedy indziej.

Najchętniej to bym się stąd wcale nie wyprowadzała, tylko wynajmowała w nieskończoność. Wychodzi niedrogo, na pewno taniej niż tam, cieplutko mamy, komfortowo wręcz jak dla nas, a z tamtym mieszkaniem wiążą mnie niemal same złe wspomnienia i skojarzenia. Nie mam pojęcia, jak to dyplomatycznie załatwić... mam nadzieję, że fakt, że regularnie i na czas płacę, dobrze o mnie poświadczy i zostaniemy tu na dłużej, bo bez sensu na lato wracać, a potem na zimę znowu szukać, a potem znowu wracać, a potem znowu szukać, bo rozbiórka. Zobaczymy, czy na dorocznym zebraniu cokolwiek nowego się okaże.

Jest coś, co mi chwilowo poprawia nastrój, ale za to każdorazowo. To teledysk do LMFAO "Sexy and I know it". Patrzę jak urzeczona na chłopaków, wcale nie najpiękniejszych, niskich, chuderlawych, czasami z lekka okrągłych, czasem mocno, żadne tam mięśniaki, ani w ogóle nie są zadnymi Apollinami. Tańczą, ubrani jak ciecie, wymachują z dumą swoimi klejnotami, przeświadczeni, że są panami świata, zachwycający i w ogóle. I są! Co potrafi zdziałać męska pewność siebie. Te tenisówki, te swiecące majty, łysawe klaty, zawartość slipków jakaś taka mało rzucająca się w oczy, a jednak...! 

Poszłabym do łóżka z każdym z nich bez chwili wahania,  nawet z brodatym harleyowcem:D

LMFAO - Oglądamy, próbując opanować wyciek śliny, głupawy uśmiech i sprośne myśli

No, ale po takim okresie celibatu, to ja chyba z każdym bym poszła, co by mnie tylko łaskawie zechciał. I komplet uzębienia miał. Jakąś klasę trzeba zachować, nie?


odchudzam-sie 2012-02-09 18:39:42
skomentuj (6)


Marchewka

Zaczęłam wyglądać jak czarownica, więc zrobiłam sobie włosy na piękny, rudy kolor. Nie jest to tak ognisty rudy jak kiedyś, ale stonowany, kasztanowy rudy. Oczywiście nadal wyglądam jak czarownica, ale teraz przynajmniej nie widać mnie z daleka.

Po kilku testach, trudnych rozmowach z panią prezes, z nowo nabytą dla firmy specjalistką od HR i szkoleń, zdecydowałam się zrezygnoować z awansu. Decyzyjność na stanowisku jest niemal żadna, a ja nie czuję się na tyle dobra w negocjacjach, aby bazując tylko i wyłącznie na tym obniżyć koszty zakupów o 2% w roku. Odpowiedzialność ogromna, zmartwień masa, a wątpię, aby wynagrodzenie wyrównało mi straty na wrzodach żołądka. Ja i bez tego jestem w depresji, i bez tego mam swoje zmartwienia, moje życie jest totalnie rozpierdolone w strzępy, moja psychika takoś, żebym jeszcze stresowała się czymś, na co będę miała niemal żaden wpływ. Trudna to jest decyzja, bo to oznacza, ze moja pensja pozostanie najprawdopodobniej w miejscu, co z kolei oznacza, ze wiedziona nedzą i ubóstwem i wzrastającymi kosztami życia będę zmuszona na poważnie szukac nowej pracy, a bardzo bym tego nie chciala, bo biezącą pracę bardzo lubię. Po prostu moja wizja stanowiska i ich wizja stanowiska bardzo się rozjeżdżają... Możliwe, że będę tego żałować, jak zatrudnią na stanowisku mojego szefa jakiegoś buraka z zewnątrz. Ale niech wtedy zobaczą, że to nie taka prosta sprawa. Póki co, ja nie widzę możliwości pracy przy takich wymaganiach. Ceny surowców idą non stop w górę i dostawcy stawiają nas pod ścianą, z drugiej strony klienci nie akceptują podwyżek produkcji końcowej, więc do cholery, wychodzi na to, że nasi klienci mają lepszych kupców niż my, a nasi dostawcy lepszych handlowców niż my. Myślałam, że dla kasy zrobię wszystko, ale mam wrażenie, że na to akurat stanowisko nadawałabym się nie lepiej niż Nikodem Dyzma. Nie ma we mnie wrodzonego szefa, nie mam parcia na włądzę, najlepiej czuję się robiąc swoje, co mi ktoś inny każe. Taka mentalność chłopa pańszczyźnianego...

Po ostatnich rekordowych mrozach zamarzły mi krany w starym domu, gdzie zaszłam, aby puścić wodę. Oczywiście nie było już czego puszczać. Sople w wannie...

Passat, którym obecnie jeżdę, na szczęście jeździ bez problemu, chociaż jednego dnia miałam kłopoty z obydwoma autami, a był to dzień narastającego zimna i złości i na koniec wręcz się popłakałam. Garaż codziennie, przy każdym otwieraniu i zamykaniu, psikam odmrażaczem i udało mi się ani razu nie złamać klucza.
a
Ex-teściowa żmudnie spłaca zadłużenie, a po exie ślad zaginął. Policja wraz z prokuraturą odmówili po raz kolejny wszczęcia dochodzenia, pani prokurator z rozbrajającą szczerością powiedziała, że ona od 3 lat nie prowadziła sprawy przeciwko alimenciarzowi, bo wykrywalność jest bardzo niska, więc z miejsca odmawiają wszczęcia. Komornik nic nie wie, napisałam do konsulatu polskiego  Niemczech, po wstępnej odpowiedzi, że spróbują, cisza, policja odmówiła sprawdzenia w bazie Schengen, co się dzieje? Naprawdę tak trudno znalezc czlowieka? Dlaczego alimenciarzy, ktorzy ewidentnie łamią prawo, wszyscy mają w dupach? Ciekawe czy gdybym wyłuskała kasę na jakieś biuro detektywistyczno-windykacyjne, to by dali radę go znaleźć. Napawa mnie wściekłością, że można ot tak sobie nie płacić, zniknąć, i nikt nic nie może/nie chce zrobić...

Póki co, kasy takiej nie mam i mieć nie będę, bo z goryczą zaczynam już odkładać kasę na kolejne bilety na wakacje. Na co mi te wyjazdy, na co mi skrupulatne podbijanie pieczątek w paszporci, skoro wygląda na to, że nigdzie nie wyjedziemy ani teraz ani nigdy... Mama zdumiona pyta, czego ja chcę od życia, miliony mają gorzej niż ja, a mnie się w dupie poprzewracało. A ja się tak źle czuję w miejscu, w którym jestem! Tak zajebiście nie znoszę ani siebie, ani swojego życia, ani w ogóle niczego!

Tyle dobrego, że nie marznę, nie kamienieję, nie kulę się wiecznie z zimna, kaloryfery działają, mam klucz do odpowietrzania jakby przestały grzać. Dostałam od Krystyny po niej kurtkę skórzaną, mimo, że nie jest jakoś specjalnie gruba, to jest zadziwiająco ciepła i daje radę nawet przy największych mrozach. I co z tego, że wyglądam w niej jak chodzacy żywy tucznik...

odchudzam-sie 2012-02-04 19:59:25
skomentuj (10)