odchudzam-sie


Byłam u lekarza i jak zwykle kontrolnie zważyłam. Hm. Waga stoi w miejscu, co mnie z lekka zirytowało, ale nie o tym chciałam. Moja wizyta dała okazję asystentce lekarza, pielęgniarce, sekretarce czy kim tam kobitka jest, do podsumowania. Ooo, pani Olu, rok temu była pani u nas po pierwszą receptę… Chce pani zobaczyć?

No więc tak. Czas na podsumowanie akcji Plan na Wiosnę. Minął rok. Zjadłam łącznie 4 opakowania Meridii 15 oraz 2,5 opakowania Meridii 10. Tak, mnie też lekarz powiadomił, że załapałam się na końcówkę, bo wycofują. Faszystowski idiotyzm, ale to JUŻ nie mój biznes. Przez pierwsze 8 miesięcy schudłam ok. 40 kg, od sierpnia jeszcze 6, łącznie 46, jak mozolnie policzyłam. Myślę, niezły wynik. 46*ok. 7000kcal = 322000 kcal niedoboru w organiźmie, ja pierdziuuuu! Czyli 890kcal dziennie mniej poniżej dziennego zapotrzebowania. Ćwiczeń właściwie niewiele. Skutek, który dał mi popalić, to wypadanie włosów, ale to już historia. Drugi skutek, który odczuwam do dziś, to skóra, która nie wchłonęła się jak trzeba – nie wierzcie zdjęciom, nie pokazują wszystkiego. Tereski mają się świetnie. Poza tym miejscami skóra jest baaaardzo wiotka i pomarszczona, aż sama na siebie nie chcę patrzeć, a co dopiero pokazywać komuś innemu. Najbardziej na ramionach, brzuchu i udach.

Wymiary [było/jest] – biodra 135/93, pas 105/69, biust  ?/89. W ogóle biust to jedna wielka porażka:D Przepraszam, dwie małe, chude, żałosne i obwisłe porażki.

Ale nie ma co narzekać, jak się tyle lat miało same przyjemności, to teraz trzeba mieć chociaż trochę porażek, dla równowagi. Bieganie jest teraz fantastyczne – pewnie, że kondycję mam żadną, ale zadyszka pokazuje się później. Po schodach na 6 piętro wchodzę bez zadyszki. Ciuchy to jest coś, co mi wynagradza wszelkie przykrości poodchudzaniowe.

No i to wszystko:) Ponieważ cel bloga został osiagnięty, a szczyt jego popularności dawno minął [nota bene laptopa nie dostałam, więc nie mam na czym notek pisać], więc go zamykam.

 

 

 

 

 

Hehe, żart taki.

Oglądaliście nowy odcinek Lost? Taki se moim zdaniem. Z powodu długiej przerwy pomiedzy sezonami oraz coraz bardziej zawiłej intrygi nie do końca pojmuję, kto jest kim w czyim ciele, kto kogo zna i w którym życiu, oraz który obecnie rok panuje.

odchudzam-sie 2010-02-05 08:39:56 skomentuj (24)

bo tak


Dręczące sny o Młodej nie ustają. Co parę dni śni mi się Młoda w ciąży, Młoda puszczajaca się na lewo i prawo, Młoda z narkotykami, Młoda chamska i bezczelna, Młoda z fajkami, Młoda pijana. Chyba jej wejście w dorosłość wpłynęło na mnie mocniej niż podejrzewałam, ponadto teraz bardziej niż zwykle zwracam uwagę na artykuły i filmy opisujące rozpasanie dzisiejszej młodzieży. Sama nie wiem, co o tym myśleć. Z jednej strony tyle się słyszy, ale czy za moich czasów było dużo inaczej? Myślę, że granica rozpasania przesunęła się o jakieś 2 lata w dół, i teraz komunikcja sprawia, że wszystko wiadomo szybciej i dalej. Zresztą – prawdę mówiąc pamiętam swoje wyczyny i biorąc po uwagę, że teraz wszystko jest szybciej, już drżę i frustruję się tym, co Młoda wymyśli teraz lub za lat parę.

Zima nie odpuszcza, mam wrażenie, że mój czas wolny składa się wyłącznie z odśnieżania i odkopywania. Szczęśliwie mrozów takich straszliwych nie ma i oby już nie było. A śniegi, zawieje itd. to ja zniosę jakoś, dzieki temu samochody jeżdżą wolniej i bezpieczniej, paradoksalnie. A od pomachania łopatą schudnę:P

Boże, ta zima jest tak nudna, że wręcz nie mam o czym konkretnym pisać. Na razie przynajmniej. Na wiosnę kroi się super temat, ale na razie ciiii…

A póki co, coraz bliższa jestem podjęciu spóźnionego postanowienia noworocznego, że tak jak rok temu postanowiłam nie pić, tak w tym roku.. celibat. Przez rok. Na bank nic mi się nie stanie. A dochodzę do wniosku, że seks jest przyczyną wszelkiego zła w moim życiu – więc teraz na odwrót, powinno mi się poprawić, tak?

Tyle tylko, że nie wiem, czy będę w stanie, a nie lubie podejmować postanowień, co do których nie mam pojęcia, czy mi się udadzą. Ale po prostu mam już dośc komplikacji z tym związanych. Także uczuciowych. Tak na rok skupić się wyłącznie na swojej rodzinie i pracy…

Tylko psychicznie ciężko.

odchudzam-sie 2010-02-04 14:55:33 skomentuj (4)

Day by day, key by key


Jak tu się nie śmiać? W poniedziałek wieczorem ślusarz naprawił zamek, poprawił drzwi, coś tam coś, pozostałam z 4 złotymi na koncie, a dziś, na uczczenie wypłaty, urwałam drugi klucz:D Call me Pudzian. Ślusarz już był, profilaktycznie zabrał mi trzeci klucz, żeby dorobić zapasowe, bo do wiosny jeszcze daleko, z a taką częstotliwością to różnie może być. Cholera, ale mam parę w łapach :D Myślę, że otoczenie powinno być mi wdzięczne za to, że nie mam skłonności do agresji.
Podczas rozmowy ze ślusarzem dowiedziałam się, że mnie zna, bo chodziłam kiedyś z jego bratem ciotecznym. Niestety mamusia zadbała o to, abym z nim zerwała ze względu na niskie pochodzenie społeczne oraz marne perspektywy życiowe. Co racja, to racja, to taki menel był. Zresztą, jeszcze parę lat temu przyszedł pożyczyć kasę. A teraz, proszę, podobno dom i firmę w Anglii ma. Czyżby się wziął za uczciwą robotę? Hehe.
Zanim urwałam klucz, byłam z Mirką u weterynarza usg zrobić. Zmian w macicy nie stwierdził, więc w marcu nieodwołalnie sterylizacja. O ile oczywiście znowu cieczki nie dostanie, bo to u nas rodzinne.
Jutro ta spiralka, w mordę, Ketonal już mam. Ale zanim co, to zebranie u Młodej w szkole. W sumie formalność, bo cóż ja się tam mogę dowiedzieć.
Ale zima znowu dała popalić, najpierw mrozy takie straszne, teraz śniegu bóg wie ile, klęska żywiołowa jakaś. A nie wiadomo, co dalej. Jak babcię kocham, chyba zaplanuję sobie zmianę życia na wyspy tropikalne, albo co najmniej Florydę;)

odchudzam-sie 2010-01-27 20:41:39 skomentuj (8)

Od tyłu


Śmiać mi się zawsze chce, jak widzę starania losu o to, aby mnie zgnębić. To, że dzień w dzień mam bitwę z garażem o otwarcie i zamkniecie to nawet dobrze, zawsze to jakaś rozrywka i wysiłki fizyczne. Ale to, że dziś rano, wskutek tych walk, urwał się klucz do jednego z zamków i został w środku, to mnie zaskoczyło. Stałam chwilę z otwartą buzią, bo ilość czynności, które od razu z tego wynikną, przerosła moją wyobraźnię. Rano cierpię, wstyd się przyznać, na pewnie ograniczenia umysłowe. [Bo tak – klucz złamany został w zamku od zewnątrz. Jak wiadomo, nie da się odkręcić zamka z zewnątrz, co oznacza, że ślusarz będzie musiał wywalać całe skrzydło. Weź i szukaj ślusarza o siódmej rano… dodatkowe klucze w domu kilometr dalej.. młoda do szkoły, ja do pracy, złodzieje wokół. Jak nie teraz to na wieczór o boże… Młoda zobaczyła, że matka stoi jak słup soli z bezmyślnym wyrazem twarzy, to wzięła się w garść, mnie za ramiona i zarządziła – MAMUSIU – ja idę do szkoły na piechotę – a ty zadzwoń do dziadka. Zadzwoniłam, wujek kazał mi iść do domu i czekać na niego. Wujek podjechał jakims całkiem obcym autem, zawiozl do swojego garażu, tam odpalił swoje audi, kazał mi wsiadać i jechać, ALE OSTROŻNIE! Bo ostatnio mieliśmy spięcie, niesłuszne moim zdaniem, dotyczce mojej prędkości na drodze.

Ślusarz załatwiony na randkę pod garażem o 17. Mam teraz czas, aby rozważyć, jak zapobiec powtórce innego nieszczęscia, bo wczoraj z rana okazało się, że przez noc zamarzły rury i nie mam wody. Po 2 godzinach miałam na klatce 2 miłych panów z butlą gazową i podłączonym do niej palnikiem. Uciekłam, żeby nie widzieć, jak traktują rury tuż przy ścianach, wypełnionych wszak sianem [pruski mur]. Po kolejnej godzinie woda była i tym zadowoleniem mogłam pokryć nieprzyjemne wspomnienie o kolejnym wcześniejszym wkurzeniu – mianowicie M odmówił wyjazdy na dyskotekę, bo jest zmęczony, chory, przeziębiony. Generalnie mam to gdzieś, jak on się czuje, ale powiedział mi to za późno, żebym mogła zorganizować sobie wyjazd z kim innym, więc od razu wymyśliłam, ZE ZA TYDZIEŃ JADĘ DO Koszalina zabawić się i potańczyć ze znajomymi z pracy, a M będę pomału ukrócać, bo to wszystko mi się nie podoba. No, ale kto mi się podoba po L, nieprawdaż, nikt.

Ale kurde, czymże jest to wszystko w obliczu faktu, że o 16 coraz jaśniej na dworze.. :) A teraz o Młodej…
W sobotę byłyśmy w teatrze na Liście Królewskim, może i przedstawienie dla dzieci, ale bardzo nam obu się podobało.
Chodzi na chór i na Święta przedstawiali jasełka, teraz z tymi jasełkami robią objazdy po okolicznych kościołach, wczoraj był ostatni raz. Oczywiście uczestniczę, zachwycona dzieckiem, w każdym przedstawieniu, patrzę i podziwiam.
Kończy półrocze ze średnią 4,9, ksiądz jej z religii paskudnik postawił czwórkę, mimo jasełek i mimo gorącej dyskusji na kolędzie. Trudno, i tak nie jest źle:)
Nie chce nigdzie jechać na zimowiska. Zaproponowałam jej wyjazd do Kotliny Kłodzkiej ze szkołą, nie. Wyjazd do tatusia – tatuś nie odzywa się. Wyjazd na jakiekolwiek inne zimowiska – nie. Ona chce się wyspać i odpoczać. Nie bardzo mi się to podoba, czuję, że skończy się siedzeniem całymi dniami w domu przed kompem, zamiast świeżego powietrza, ale może uda się coś zorganizować w osttaniej chwili. Ale przynajmiej się wyśpi.

Z Mirką do weterynarza trzeba iść na to usg, a ja dostałam znowu okres. Ostatnio częściej go mam niż nie mam. To oznacza, że w czwartek do gina po nową wkładkę. Odechciało mi się jej prawdę mówiąc, do niczego mi się nie przydaje, a same kłopoty. No, ale zwrotu kasy to już nie dostanę, więc cóż… Ketonalem, tak?

odchudzam-sie 2010-01-25 13:43:38 skomentuj (3)

prawie zawał


Dziś wstałyśmy raniutko, zgodnie z planem, szybciutko śniadanie, łóżko zaścielić, przygotować wszystko do kolędy. Nawet zdążyłyśmy. Na wszelki wypadek, gdyby ksiądż przyszedł jakoś wyjątkowo wcześnie, a mnie by jeszcze nie było, zostawiłam Młodej spis wszystkiego co trzeba zrobić i jak się zachowywać.
Po pracy wsiadłam w autko i rura do domu. Nieprzepisowo za telefon i do Młodej, co ona tam działa w domu.
Telefon nie odpowiadał.

"kurde, rozedrę smarkatą na strzępy, gdzie ona chodzi??"

Komórka nie odpowiada. Dzwoni mama - Młodej komórka jest u niej, po co ja wydzwaniam. Po nic, ale może Młoda u ciebie jest? Nie ma... fuck. Za telefon do restauracji, czy dziecko moje było już na obiadku? było, dawno temu. Jasny gwint, zaczęłam się denerwować. W stakim stanie nie powinno się w ogóle prowadzić, bo od tej pory nie pamiętam nawet sekundy drogi. Telefon do Martusi, nie ma jej tam. Telefon do mamy, niech zadzwoni do Paulinki. Owszem, Młoda się tam zapowiedziała, i to na 16!!! a przeciez o 16 to miała siedzieć i na księdza czekać! Telefon do domu, nic. Dzwoni telefon, mama. Już cała w trzęsiawce, dzwoniła do szpitala, nie przyjęli tam takiej dziewczynki. Jedna mała ulga, bo przeciez takie rzeczy się zdarzają - vide córka TUV, rozerwałabym złamasa na strzępy... ale wobec tego, gdzie ona jest?

Kurde! Po głowie zaczęły mi się snuć czarne najstraszniejsze myśli. Porwali ją, zgwłacili i zamordowali. [15 lat temu zniknęła stąd dziewczynka, nie odnaleźli śladu do dziś]. Dom się spalił razem z mieszkańcami [10 lat temu było]. [TFU!!!!] [strasznie cięzko się to pisze, tak, jakbym przez napisanie i skonkretyzowanie wszystkich moich obaw nadawała im moc urzędową]. Poszła do jakiejś całkiem innej koleżanki bez słowa i zagadała się. Poznała na NK czy innym dziadostwie jakiegoś faceta i ją uwiódł, uciekła z nim. Boże, to akurat do niej tak niepodobne, gdyby coś takiego się okazało, to byłaby dla mnie... kompletny szok i porażka wychowawcza, bo znaczyłoby, że nie znam mojej córki tak jak mi się zdaje, że znam.

Jezu, co się dzieje...

Po schodach mało nóg nie połamałam. Łomot do drzwi. Nasłuchuję, słychać tupot małych stop[ większych już niż moje], ja pierdolę, co za ulga! prawie tam zeszłam na serce na schodach. "Kto tam?" Młoda jak zwykle podejrzliwie pyta. "Mama twoja..." ledwo znalazłam dech, żeby to wydukać.

3 minuty później przeklinałam swoją wyobraźnię i brak zaufania do własnej córki. Prąd szlag trafił. A jak nie ma prądu, to nie ma telefonu. Komórka u babci. Sąsiadów nie ma. Matka przykazała, siedź i pilnuj księdza - to siedziała. Zgodnie z listą - pomyła naczynia, posprzątała jakieś pozostałości po ranku, ustawiła ładnie świeczki, krzyż, ciasteczka, kopertę. Odrobiła lekcje, tyle, ile mogła. Doubrała się, żeby nie zmarznąć - nie ma prądu, nie ma grzania. Nie zapalała świeczek, mama nie pozwala. Zapaliła latarkę. Nakryła się kocem i sobie leżała. W sumie myślała, żeby pójśc do Martusi i zadzwonić, ale ten  ksiądz, tak..? Moja córka po raz kolejny wykazała się rozsądkiem, spokojem, posłuszeństwem, grzecznością. Boże drogi, jak ja ją kocham, jak ja się cieszę, że nie mam z nią problemów wychowawczych, chociaż na razie, jeszcze! Kto wie, co będzie potem, ale cieszmy się tym, co mamy. Co za ulga, że moje ogromne zaufanie do niej nie zostało nadszarpnięte - wiadomo, że jedno takie nadszarpnięcie kończy coś, prawda? Zrobiła raz, może zrobić znowu...

Och, dziecko moje, DZIĘKUJĘ, że mogę do Ciebie nadal to zaufanie mieć...

odchudzam-sie 2010-01-19 22:16:09 skomentuj (13)

lost


Mrozy wróciły, walka z garażem też. Znowu chodzenie z młotem i śrubokrętem, znowu obijanie się o drzwi zbyt ciasno wpasowane i siniaczenie [hmmm, hmmm:)] chudych kości miednicy. Nienawidzę zimy i mrozu, zdecydowanie.
Ostatnio po dość długiej walce z garażem zorientowałam się w domu, że nie mam kluczyków do auta. I teraz zagadka, zostawiłam je w stacyjce, czy w trakcie wkładania i wyciągania rąk w rękawiczkach z kieszeni futra wywaliłam je gdzieś w śnieg? Wywróciłam wszystko z torebki, pusto. Szlag by to. No to następnego dnia z rana rura do garażu, wcześniej, żeby jakby coś, zapłakać do Wujka, niechby mi przywiózł zapasowe. Kluczyki tkwiły w stacyjce, a jakże. Ale za to nie ma panelu do radia. Szlag, co z nim znowu? Jak nic wywaliłam z torebki podczas szukania kluczyków.
Dwa kolejne dni podróż umilały mi osobiście wykonywane kolędy. Nie było źle;)

W niedzielę poszłyśmy z Młodą na spacer z Mirką i znalazłyśmy misia. Miś leżał tam podobno od paru dni i był coraz bardziej brudny. Młoda powiedziała, że to Misiek Zdzisiek i czeka na nią. No to zaadoptowałyśmy go. Do pralki się nie zmieścił. Wannę zajął calutką, chociaż faktem jest, że nie jest to duża wanna. Młoda najpierw go podeptała pod prysznicem, potem dosypałam proszku i dawaj go tarmosić. Po wypłukaniu nie można było go podnieść, taki ciężki. Doba obciekania, i teraz wisi na strychu…

Rano wychodzimy z domu, a pod drzwiami sąsiadów stoi w napięciu bieluśki jak śnieg kot. Prześliczny, ale z lekka wkurzony i ogólnie w szoku. Przypomniało mi się, że sąsiadka coś mówiła, że kota mają i to na bank ich, ale to kot trzymany w domu. Na pewno to sąsiad jak z rana wnosił węgiel czy co tam, wypuścił kota. No to stuk, stuk do sąsiadów. Sąsiad, naburmuszony, mamroczoący, zarośnięty , spojrzenie spod brwi "A, czego?". "Kota chyba pan zgubił" . Kurde, takiego poruszenia jeszcze w tym ślamazarnym dziadu nie widziałam!:D w nim nigdy nic nie widać, ale teraz to wzburzenie aż z niego biło. Czuję, że dostałoby mu się od sąsiadki, jakby faktycznie kota zgubił.

Jutro ksiądz po kolędzie. Trzeba wstać z rana, przygotować wszystko, żeby siary nie było, bo to może od razu po pracy być. Obym nie zgubiła nic do tej pory;)

Byliśmy znowu na dyskotece w klubie, powrót o 4 nad ranem to jest to :D ale nie czuję się jeszcze całkiem wytańczona i zmęczona tym wszystkim, chęć do tańca mnie normalnie rozrywa. Czuję, że wyglądam jak dzikuska, machając rękoma, wywijając nogami i czym się tylko da :D Jakaś kurde starsza pani, która pomyliła klub z dancingiem;) W każdym razie, co piszę…niechętnie.. M tak bardzo, bardzo nie jest L, i to będzie raczej krótka znajomość, i tak bardzo nieopłacalna, ale ech, tyle się wydarzyło. No nieważne. Drugiego L nie ma na świecie. No ale o tym to wiedziałam od poczatku, prawda?

A dziś złapała mnie policja – podobno zjeżdżając z ronda nie włączyłam kierunkowskazu, co mi się wierzyć nie chce, no ale może, może… w każdym razie skończyło się na pouczeniu.

Mój komputer, kurde, po prostu już wysiada… :( z różnych względów nie chcę/nie mogę kupić nowego, ale ten mój to już naprawdę swoje lata ma i to po nim widać :D więc jak pewnego pięknego dnia okaże się, że od miesiąca nie ma notki, to wiecie, co się stało.. i to nie jest szantaż tylko szczera prawda.
Złe sny się nie skończyły. Dodatkowo podkręcają ją filmiki w rodzaju tego o strzegomskich k... , który niebacznie obejrzałam, śledząc potem dyskusję na wykopie, kurde:( Jak zrobić, żeby Młoda taka nie była... Mimo, ze chciałabym ją trzymać pod kloszem, wydaje mi się, że lepiej ją uświadamiać w sposób kontrolowany, więc dziś zrobiłam lekcję poglądową o prezerwatywach, włacznie z prezentacją. Lepiej niech się dowie de mnie, niż od koleżanek na podwórku. A skoro o nie pyta, to znaczy, że już coś usłyszała - po co ma słuchac legend i bajek, niech wie od razu, co jak i po co.

W wakacje kupiłam sobie całkowitym przypadkiem piżamę flanelową identyczny wzór jak ma Młoda, różowa w małpy. Ale dałam ją mamie, która planowała jechać do szpitala [nie pojechała w końcu] i w związku z tym potrzebowała mieć przygotowaną piżamkę. Oddała mi ją w końcu, a ja, z największą przyjemnością włożyłam ją i i to wtedy, kiedy dałam też Młodej piżamę świeżą. Kurczę, jaka to przyjemność, jak tak sobie nosimy takie same piżamki, wesołe, flanelowe, różowe, w uśmiechnięte małpy i banany:D Zrobiłabym nam zdjęcie, dla nas samych na pamiątkę, ale nie mam gdzie i jak. Ale ten widok jednak wart jest upamiętnienia:)

I tyle.

odchudzam-sie 2010-01-18 22:29:29 skomentuj (5)

fizjologia


Jakiś czas temu założyłam sobie, czy też raczej, zadysponowałam sobie wkładkę antykoncepcyjną, tzw spiralkę. Założenie jej bolało jak cholera, no ale na poczet przyszłego komfortu mogłam ten ból znieść, chociaż nie kryję, że jestem mało na ból odporna. I zapewne w poczekalni było słychać tę moją niską odporność. USG było prawidłowe, za miesiąc na kontrolę. Oczywiście okres był po cholerze – dłuuugi, 8dniowy, obfity, aczkolwiek bezbolesny, no ale to żadna nowość [za dużo czytam forów, bo nasuwa mi się pod palce „rzadna”, fuj]. Miałam iść na kontrolę, ale były święta, a potem znienacka, za szybko kolejny okres, tym razem 10 dniowy. Kurde, już cierpię, a jeszcze nie zdążyłam wypróbować, czy w ogóle działa :D No to w końcu się wybrałam. I po co? Żeby się dowiedzieć, że wkładka źle leży i jest do wymiany, oczywiście w ramach gwarancji. No w mordę, znowu będzie bolało jak jasna cholera:( Czym by tu się nafaszerować, żeby nie czuć?

Wystartował konkurs na bloga roku, ale jak widzę, kto tam występuje, to tak myślę, że ze swoim nie mam szansy na laptopa. No bo kto nie wspomoże kalekich dzieci, chorych acz dzielnych bohaterów, egzotycznych podróżników, literatów różnego kalibru, nieprawdaż. Tak więc czuję, że nowy laptop odjeżdża w siną dal. No ale do konkursów nigdy nie miałam szczęścia:) Trudno, niech sobie te dzieci z białaczką itd. wygrają, nie mogę im żałować. A swoją drogą, dla sprawiedliwości, dla poszkodowanych przez życie powinna być osobna kategoria.

Do pracy jeździ mi się tak sobie. Wszyscy jadą wolno to i ja, i mam takie wrażenie, że wszystkim to dobrze robi. No ale ile można gadać o zasypanych drogach. Na dworze zimno i ma być jeszcze zimniej. I też bez sensu o tym pisać, bo i tak wszyscy wiedzą to samo. Marznę na potęgę, chociaż na ulicy trochę mniej, dzięki futru/futrze/futrowi – no temu martwemu zwierzęciu, które noszę na sobie, jak to malowniczo określiła koleżanka z pracy. Boże błogosław kuśnierzom… Futro to absolutnie genialny wynalazek.

No i co by tu jeszcze… Nie tyję. Fajnie, nie? :) jak nie piszę notek na blogu co parę dni, to czuję się trochę jakbym pisała rzadki list z dalekiej podróży.

odchudzam-sie 2010-01-13 21:15:23 skomentuj (25)

źle jest


Dyskoteka udała się znakomicie. Trafiłam dokładnie w takie klimaty, jakie mi się marzyły od lat.. Ale to mało, mało! Podekscytowało mnie to bardzo, nawet wracając o 2 nad ranem do domu czułam się nakręcona jak ćpunka, chociaż, od Sylwestra oczywiście, zgodnie z nowym postanowieniem noworocznym, nie piję.
W sumie na tym skończyły się fajne rzeczy. Od niedzieli dręczą mnie jakieś koszmary – najgorszy z Młodą w roli głównej, że wołali w szkole na nią „2 w 1”, albo „3 w 1”, w zależności od usług, które świadczyła kolegom. Chore sny,  w których byłam w rozpaczy i żalu, kompletnie nie wiedziałam, co robić, gdzie popełniłam błąd wychowawczy, jak sobie radzić, jak uświadomić Młodej, że nie tak, nie teraz, nie ze wszystkimi... Dziś znowu, tym razem ciężkie sny z L w roli głównej, obudziłam się kompletnie złamana, rozbita, chora i nieszczęśliwa. Bardzo źle się czułam i jechałam do pracy wolniutko, ale ze względu na panujące warunki drogowe wyszło mi jak najbardziej na dobre. W pracy siedziałam milcząca, niechętna, obolała, wzbudzając żywe zainteresowanie niektórych współpracowników, którzy wiedzą, jak bardzo lubię swoją pracę i jak nietypowe jest dla mnie takie bezczynne, ponure siedzenie.
W sumie nie przeszło mi aż do teraz. Podkręcam się muzyką i perspektywą kolejnej dyskoteki i rozgrzania się w tańcu.

Ewidentnie z moją przemianą materii jest także coś nie tak, ale w przeciwną stronę, niż kolega na wózku. On siedzi w samej koszulce w krótkim rękawku, a ja – koszulka z długimi rękawami, gruby golf, kamizelka polarowa i odpalam grzanie co chwilę, bo mi zimno, mam lodowate ręce. Jedyna pora, kiedy mi ciepło, to jak się zbudzę nad ranem. Ale wystarczy krótkie wyjście z łóżka do łazienki i już ogarnia mnie to cholerne zlodowacenie. Z utęsknieniem czekam na menopauzę i uderzenia gorąca.
Ponieważ mama zdecydowanie nie potrzebuje futra, postanowiłam je sobie od niej pożyczyć na dłużej i od jutra do pracy jeżdżę w futrze, trudno, może niemodne, nieekologiczne i stare, mam to w dupie. Ja muszę mieć chociaż trochę cieplej niż mam, bo oszaleję od tego zimna.

Z Mirką mamy niejaki problem. Ponieważ Mama bała się dać ją na zabieg, jak jest zimno [nie pojmuję tego], więc uzgodniła z lekarzem, że Mirka dostanie najpierw jeden zastrzyk i potem, w czerwcu, normalny zabieg. Niespodziewanie Mirka dostała cieczkę 2 dni po zastrzyku. Oczywiście rura do lekarza. Lekarz skłopotał się nieco – cieczka 3 miesiące po zakończeniu poprzedniej nie jest normalna. No więc poczekamy teraz na zakończenie – jak się wyciszy po 5 dniach, to jest ok., jak dłużej, to nie jest dobrze. Potem po 21 dniach USG, jeśli wyjdzie źle to cięcie od razu, a jak dobrze, to w czerwcu. O ile oczywiście nie dostanie cieczki znowu! Skaranie boskie z tym mezaliansem jednym. Teraz wszyscy w napięciu czekają, ile ta cieczka potrwa...

odchudzam-sie 2010-01-05 22:16:30 skomentuj (15)

Sylwester w Multikinie - odradzam :)


No i mamy 2010 rok. Sylwester był taki jak i cały rok – bardzo dziwny. Na pewno nie było to to, czego się spodziewałam. Może zacznę od początku, czyli proszę, tu oto zdjęcie kreacji. I jeszcze jedno - wszyscy wołamy, hej, tereska! Spódnica była prawie do kostek, z tyłu rozporek, na nogach pantofle na wysokim obcasie, brązowe, ogólnie pasujące do całości kreacji. A żakiet krótki, dopasowany :) Niestety, jak za chwilę się doczytacie, nie miałam okazji błysnąć i się nabyć w tej kreacji.
Sylwester w Multikinie jest DO BANI I NIGDY WIĘCEJ.
Dotarliśmy parę minut przed 20, centrum handlowe, w którym mieści się Multikino, było zamknięte, ale przed drzwiami stali ludzie, i w samochodach na parkingu siedzieli ludzie. Otworzyli w końcu, i na początek zonk. Otóż Multikino nie przewidziało szatni. Szatnia centrum była niedostępna, a pracownicy wyjaśnili, że kto by miał ponosić odpowiedzialność za ubrania? No kurde, chyba szatniarz, tak? Wielki problem wydać numerek? Ludzie się wkurzali, bo ciepło na dworze nie było, każdy w grubej kurtce, ja osobiście w futrze, wyciągniętym od mamy z pawlacza, i weź to noś wszystko ze sobą. Że nie wspomnę o kozakach w torbie, bo na nogach pantofelki przecież. To była pierwsza porażka. Wbrew obietnicom pani rzeczniczki z Multikina, w holu nie grało muzyka i nie było żadnych dodatkowych atrakcji. Drinki były, w ramach słodkiego poczęstunku były przepyszne – a tak :) – muffinki. Filmy takie jak obiecane – były. Kac Vegas – rewelacja, obśmiałam się jak norka. Później chwila przerwy, dodatkowe, słono płatne drinki w baru w holu. Żenujący brak jakiegokolwiek jedzenia – miały być czynne bary w holu, był czynny jeden, z chipsami i słodkimi przekąskami. No cóż, dla mnie to bez różnicy, ale widziałam, że ludzie, w większości faceci, chodzili mocno wkurzeni. A nawet drinki były zabronione, jeśli chodzi o wnoszenie na salę kinową.
Co do alkoholu – moim postanowieniem zeszło-noworocznym było niepicie cały rok, co raczej mi się udało. Motywację miałam taką. Alkohol powoduje u mnie jedynie szum w głowie i wymioty po nadużyciu. Bawić się szampańsko na każdej imprezie, jeśli mi ona pasuje, umiem i bez alkoholu. Przepłacanie w pubach, barach za oszukiwane drinki powoduje, że otwiera mi się nóż w kieszeni. Picie samej w domu jest bez sensu. Picie w mojej sytuacji i z moimi poglądami jest kompletnie bez sensu. W związku z tym po co mam tracić kasę – nie piję. Udało się, aczkolwiek wzrosła moja nietolerancja na innych ludzi, nadużywających alkoholu. Sylwester jednak jest raz w roku, a że miałam do zabicia parę wyrzutów sumienia, postanowiłam się napić z lekka. Niestety, nie było mi dane upić się tym razem :D Sylwester był mocno kulturalny, mało huczny. Przed północą zebrali nas w holu i kazali odliczać, ale strasznie niemrawo to szło, zabrakło jakiegoś głównego organizatora, ale tak czytałam na forach, że to główny grzech Sylwestrów w Multikinie. A o północy.. uformowała się kolejka do wydawanego szampana, do której wszyscy ustawili się posłusznie, zamiast oblewać się hucznie i radośnie szampanem równiutko o północy. Co za porażka :) W sumie nie widziałam ani jednego fajerwerku. A od dziś postanowienie noworoczne – nadal obowiązuje:)
Potem poszliśmy jeszcze na Sherlocka Holmesa, ale szczerze powiedziawszy, to film, chociaż ciekawy, straszliwie mi się dłużył i na koniec już z trudem powstrzymywałam się od uśnięcia. Kolejnego filmu już nie zdzierżyłam. Zwinęliśmy manatki i poszliśmy w stronę dworca. Miałam w planach zaliczyć jakąkolwiek, pierwszą lepszą otwartą dyskotekę, ale o godzinie 3, to już, sorry, ale wszystkie imprezy się pokończyły, jak ja dopiero się zaczęłam rozkręcać! Nic z tego. Doczekaliśmy do pociągu, obserwowaliśmy mnóstwo młodych dziewczyn, bardzo głośnych, bardzo wulgarnych, bardzo pijanych, może naćpanych – och, jak ja bardzo bym nie chciała, moja córka była kiedykolwiek w takim stanie…  Następnie zostałam odstawiona grzecznie pod same drzwi i spać, spać ! Ogólne podsumowanie – Sylwester jak nie Sylwester, zwykłe wyjście do kina. Jak na kino, to fajnie, jak na Sylwestra, to do dupy i nigdy więcej takich wynalazków.
A w sobotę, celem – w końcu! – wytańczenia się, dyskoteka. Jak ja dawno nie byłam na żadnej, jedynie troszkę potańczyłam na imprezie integracyjnej we wrześniu, ale to nie było to. Hmm…
Mirka zniosła huki i wystrzały bardzo dzielnie, chociaż bała się bardzo. Kupiliśmy jej leki na uspokojenie, ale mama usłyszała w TV, że one działają tylko na zwiotczenie mięśni, natomiast nie wiadomo, czy działają też otępiająco na psi umysł, bo może to jest tak, że pies leży, nie rusza się, ale w duchu jest cały wystraszony? Więc nie dostała tych tabletek, a i tak żyje i ma się świetnie. Wiem, bo dziś zaliczyłyśmy dłuuuugi spacer. Już bym chciała, żeby była wiosna, niech już będzie coraz jaśniej i cieplej, coraz bardziej zielono, niech ta najgorsza zima ze wszystkich wreszcie się skończy.

odchudzam-sie 2010-01-02 00:43:25 skomentuj (20)

Koniec najdziwniejszego roku ze wszystkich


Święta upłynęły bardzo miło. Mama ze względu na ból stawów zaprotestowała przeciwko robieniu pierogów, co moim zdaniem było bez sensu, bo i tak robiło się uszka i to ja je robiłam, a tymczasem kupione pierogi okazały się ohydne i nikt ich nie zjadła. A uszka znikły w błyskawicznym tempie. Nigdy więcej takich eksperymentów.
Te Święta pod względem dietetycznym były przeokropne. Pominąwszy nieszczęsne pierogi oczywiście. Mama gotuje bajkowo, ja zrobiłam dodatkowo 3 ciasta, rybek pod różnymi postaciami było w bród, w Boże Narodzenie bigosik, biała kiełbasa, c.d. rybek i słodkości, i jak tu się powstrzymać… Twardo trzymałam się małych porcji wszystkiego, ale to i tak było za dużo. Dobrze, że jest pies, z którym trzeba wyjść, to potrójna korzyść, 1, psia radocha, 2. spalanie kalorii i 3. unikanie widoku i zapachu wszystkiego, co jeszcze zostało. Ale od dziś znowu dyscyplina, tym bardziej, że…
Pierwszy raz w życiu idę na prawdziwego Sylwestra :) Zostałam zaproszona przez M do Multikina na Sylwestrowy maraton połączony z imprezą w holu, co prawda z tego co się zorientowałam, ta impreza może być tylko symboliczna akurat u nas, ale dobre i to. Po obejrzeniu stanu szafy przeleciałam się po sklepach i nabyłam komplet: długa wąska spódnica + żakiecik w kolorze mieniącej się czekolady, a pod spód brązowa bluzeczka z takimi jakby przezroczystymi cekinami. Plus nowe szpilki, cudem udało mi się znaleźć tak samo mieniące się, a które na bank odchoruję odciskami, ale wezmę też inne pantofle na przebranie. Brakuje mi jeszcze torebeczki, ale coś wydumam. Wydaje mi się, że komplet jest jednocześnie uroczysty i imprezowy, ale nie cyrkowy. Przed wyjściem cyknę fotkę:) Nie będę cykała wcześniej, bo jak znam życie, komuś z Was się nie spodoba i co wtedy, weź i szukaj nowego ciucha. A tak to postawię Was przed faktem dokonanym i nie będzie grymasów;) Aha, no ale spódnica leciutko opina się na brzuszku, a że nie bardzo mam ochotę paradować w Sylwestra w opinających majtach, więc wolę sobie pogłodować te 3 dni:)

Z M. zaczyna się robić fajnie, byliśmy w niedzielę z dziewczynkami na lodowisku, potem zakupy i jakiś obiad. Taka codzienność… A’propos dziewczynek, Martusia definitywnie zmienia szkołę i przenosi się do Młodej, ale one są dla siebie jak siostry. Ostatnio więcej nocy spędzają razem niż osobno, mimo nieuniknionych konfliktów. Ale to nie dlatego Martusia zmienia szkołę. Ma kłopoty w klasie, nie rozumiem tego, ale podejrzewam, że to skutek nieudanej emigracji jej rodziców i późniejszych, chociaż już odrobionych zaległości. Mam nadzieję, że się uda przetransferować Martusię bez przeszkód.

Ach, jeszcze co do Świąt. Dostałam wiele  naprawdę świetnych prezentów, z czego najlepsze do koszulka dla alpinistów i płetwonurków – kto nosi ten wie, że najlepiej trzymają ciepło – i super ciepłe kapcie od mojej córki, a i parę sweterków. Zachodzę jednak w głowę, kto z bliższej lub dalszej rodziny mógł wpaść na genialny pomysł wydania ogromnych moim zdaniem pieniędzy – 130 zł – na całą sagę Zmierzchu. Czy ja kiedykolwiek komukolwiek dawałam znać, że interesują mnie ckliwe dramaty nastolatek zakochanych w wampirze? Ja pierdolę, a za tą kasę można by kupić takie piękne kołpaki do auta, tak marzyłam i tak prosiłam! Aż żal. Nie wiem co z tym zrobić, czytać nie mam zamiaru. No chyba, że w jakiejś ostateczności, ale nie przewiduję w najbliższym czasie aż takiej desperacji…

Jutro do pracy na całe dwa dni. Bierzem filmy, będziem oglądać;)
Ach, bo ja zapomniałam, że ja mam blog monitorowany. Nie, nie, tak naprawdę to ja zamierzam intensywnie pracować, mam sporo zaległości do odrobienia.

Przypomniało mi się, że na ostatek miałam umieścić tu jakieś podsumowanie, ale czy jest sens? I tak wszyscy wszystko wiedzą. Ja tam się cieszę, że udało mi się schudnąć, matko boska, do dziś czuję dreszcz rozkoszy, jak na przykład dziś, w sklepie pani mnie pyta, a po co pani majty wyszczuplające, jak pani taka szczuplutka, albo pan w sklepie z płaszczami podaje mi jeden i mówi, ale ta eSeczka to najmniejsze co mamy i nie wiem, co by tu pani dać.
No dobraaa wiem, że trwają wyprzedaże przed inwentaryzacyjne i zaopatrzenie jest gówniane, ale i tak czuje ten dreszcz;)

Wszystkie dobrego w nowym roku dla Was wszystkich:)

odchudzam-sie 2009-12-28 22:54:18 skomentuj (23)

Dramat zimową porą...


Ostatnie kilka dni były dla mnie jakimś koszmarem. Najpierw ze względu na mróz. W niedzielę doszedł u nas do -15 st C, dla mnie taka temperatura jest paraliżująca dosłownie i w przenośni. Poza tym ciężko mi już chodzić do garażu wiecznie z młotkiem i śrubokrętem, chociaż na koniec już nawet się nauczyłam, w którym miejscu rąbnięcie jest najbardziej skuteczne. Dziś temperatura zrobiła się niemal tropikalna, -3st.C, Hawaje! Drugim, w sumie podstawowym powodem, dla którego bardzo źle się czułam… było zakończenie przepięknej historii z L. W dalszym ciągu uważam go [tak, wiem, że tu jest i to czyta, ale co mi tam…] za faceta absolutnie najbardziej wartego mojej uwagi i mojego uczucia na świecie. Problem w tym, że ja od dawna chciałam czegoś więcej, niż on mógł, czy też chciał, czy też był w stanie mi dać z siebie. Przez to niestety zdarzyło mi się popełnić parę fatalnych dla związku błędów, które bardzo zaważyły na naszych kontaktach, zraniłam go bardzo, ale trzeba to było ciachnąć, bo ja już tak na odległość, bez żadnej perspektywy przyszłości, nie mogłam wytrzymać. Żałuję i jest mi bardzo, bardzo przykro, że tak się to potoczyło, szkoda, że żadne z nas nie wierzy w przyjaźń między kobietą a mężczyzną, zwłaszcza po takim związku, jaki mieliśmy, po takim porozumieniu, tak świetnym dopasowaniu… I tak, jestem o tym święcie przekonana, jest to miłość mojego życia, strzał pioruna głęboko w duszę, ktoś, do kogo będę tęskniła zawsze. I idę o zakład, że za parę, paręnaście lat, kiedy ja będę po 5 związkach i może z jednym, kolejnym rozwodzie, a on być może po 2 związkach, spotkamy się gdzieś. I wtedy będziemy żałować, że pozwoliliśmy sobie zmarnować tyle lat bez siebie. I wtedy na bank dostanę wymarzony pierścionek zaręczynowy :)

Wiem to wszystko, że źle robię, a mimo to pogrążam się w kolejnej głupocie, brnę w związek bez przyszłości, [niezależnie od obiektu związku] widzę to, a jednak robię to dalej, jak zaślepiona, durna kobieta, która obiecałam sobie kiedyś nigdy nie być. Jednak złe skłonności pozostają we krwi. Poznajcie proszę M, lat 29, wykształcenie średnie, mieszka względnie blisko, na tyle, aby w ciągu godziny tu być. Ktoś, z kim będzie mi przez jakiś czas po prostu łatwo i wygodnie. Albo i nie będzie wcale. Zobaczymy. Na razie mam dość sekretów i trzymania w tajemnicy tego, co mi się dzieje w duszy, więc będę pisała otwarcie i na bieżąco… Ale będę się bardzo pilnować, żeby znowu jakiś życzliwy przyjaciel nie powiadomił zainteresowanych o blogu.. chociaż, w sumie, dość także tłumaczenia się ze wszystkiego, dość złotej klatki, dość ograniczeń, dość kija bez marchewki. Robię co chcę.

Korzystając z dni wolnych [ostatnie urlopowe dni…!] oraz względnej temperatury, pozałatwiałam z Młodą rozmaite urzędowe sprawy, popłaciłam tu i ówdzie jakieś zaległości, pooddawałam książki do biblioteki, pomogłam mamie w zakupach. Młoda wzięła udział w Jasełkach szkolnych, była aniołkiem, ach, jak słodko wyglądała… Nie do wiary, ze to ta sama Młoda, które dopiero co pokazała środkowy palec koledze przepychającemu się z kuzynką, za co ten ją skopał i uderzył po twarzy parę razy. Młoda nie miała śladów, więc podejrzewam, że bardziej tu ucierpiała jej duma, niż ciało, ale niezależnie od tego, jak można być tak durnym i prowokować w ten sposób kogoś, kto ewidentnie pochodzi z patologicznej rodziny? Mój aniołek, mój kwiatuszek, po raz kolejny mnie wytrąciła z równowagi. Wygląda na to, że ona w szkole jest całkiem kimś innym niż w domu, przeraża mnie to, bo wiem, że zdarza jej się przekląć, no i ten palec!!! Sprawa została załatwiona przez szkołę w ten sposób, że chłopcu udzielono nagany i zgłoszono sprawę do kuratora do rodziny. I koniec. Pani pedagog stwierdziła, ze szkoła trzymała się procedur i nie ma sobie nic do zarzucenia. Rodzina to ojciec, które opiekuje się gówniarzem, matka nawiała. Więc osobiście pofatygowałam się na policję, i poprosiłam dzielnicowego o interwencję. A jak to nie poskutkuje, to pozbieram wszystkich znajomych, których tylko zdołam, wezmę Mirę, która jest duża, czarna, brzydka i wygląda jak wściekły wilk i pójdę osobiście do tych jebanych meneli, powiedzieć, co myślę. Gnojek musi się dowiedzieć, że bicie kogokolwiek nie uchodzi na sucho. A Młoda durna, bo ile razy ją uczyłam – jak Cię ktoś uderzy, bij tak, żeby popamiętał! Kop, drap, krzycz, ciągnij za włosy, nie daj się skrzywdzić! Łatwo mi mówić. Ona ma ten sam uraz do przemocy fizycznej, co i ja… Na Święta będzie większe niż zwykle grono rodziny. Będzie córka Wujka ze swoją córką i Syn Wujka, nie wiem, czy ze swoją dziewczyną i dzieckiem, czy sam. Na szczęście prezenty mam przygotowane w takiej obfitości i są na dodatek w większości dość uniwersalne, że bez trudu udało mi się pozmieniać konfigurację paczek świątecznych;) Dziś zawiozłam do mamy torbiszcza z prezentami , z surowym przykazaniem, ze ma schować w tajne miejsce.

Mimo, że te Święta nie są dla mnie aż tak radosne jak zazwyczaj.. dobrze, że są. Od jutra dzień będzie coraz dłuższy. Coraz bliżej lata. Kupiłam dziś świetny letni ciuch, ale w pasie brakuje mi jakieś 3 cm… :> Do lata jeszcze czas jest:>

odchudzam-sie 2009-12-22 18:25:58 skomentuj (13)

Prawdziwa zima :)


Wczoraj jechałam do pracy 50-tką i podziwiałam krajobraz, był bajkowy… tam, gdzie nie było mgły, śnieg trzymał się na drzewach, na trawach z boku jezdni, było ciemno i przejrzyście, po prostu pięknie. Teraz jest taki czas, że mimo, że są warunki, których nie cierpię – to zimno! – to wciąż nie dokuczyło mi ono Az tak bardzo, aby ni podziwiać urody zimy. Passat chodzi, ale jakoś nie dogrzewa. W pracy walczę z kolegą na wózku, on ma zdecydowanie coś z przemianą materii, siedzi w koszulce z krótkim rękawem, inni w swetrach i ciągle wojna o pilota do klimy, która dogrzewa nas. Tutaj, niestety, nie pozwalam na żadne ustępstwa, ja nie będę siedziała w biurze i swetrzyskach, chociaż i tak siedzę! Ale nie będę siedziała w dwóch. No pewnie, może jeszcze kufajkę mam przynieść… Oczywiście już raz passat nie chciał odpalić i to było straszne. Ale jakoś w końcu poszło. Drogi wciąż są czarne, przynajmniej u nas, ale patrząc za okno, to myślę, że chyba powinnam użyć czasu przeszłego. Sypie i sypie. Dziś po pracy myślałam, że oszaleję – zamarzł mi garaż. No kurde… Pierwsza myślę, jechać do domu po wrzątek w termosie – ale druga myśl o soplach porannych… ok., zmieniłam plany. Pojechałam do domu, ale po największy śrubokręt i młotek. Wróciłam i w szale, bo już zaczęło mnie to denerwować, podważyłam drzwi i otworzyły się. Wariatka z młotkiem… Pomyślałam, że może zostawię narzędzia w garażu, albo w aucie, żeby ich nie nosić ze sobą, ale po dłuższej chwili namysłu [mróz mnie spowalnia;)] doszłam do wniosku, że to chyba trochę mija się z celem, bo musiałabym pojechać do domu i wziąć drugi młotek i drugi śrubokręt, żeby się dostać do pierwszego itd.:) W związku z tym od dziś moim podstawowym wyposażeniem damskiej torebki, poza pakietem awaryjnym, jest młotek i śrubokręt. Nie radzę napadać.

Wróciłam do domu z tego garażu zmrożona do szpiku kości. Zrobiłam sobie gorąca herbatę, przebrałam się w swoje grube, nietwarzowe dresy, po czym wylałam herbatę na siebie. Ja pierdzielę, seria niefortunnych wypadków :D Musiałam się znowu przebrać w kolejne nietwarzowe łachy, co gorsza cieńsze, posprzątać, zrobić nową herbatę, i próbować się nagrzać… potem przypomniałam sobie, że nie ma masła i chleba dla młodej na śniadanie.. poszłam kupić.. potem, że nie ma papieru i skończyłam chusteczki, wycierając herbatę… poszłam,.. śniegu coraz więcej, a ja coraz bardziej wymrożona. Niech się ta pieprzona zima wreszcie skończy, bo ja tak dłużej nie wytrwam :D

Dziś w całej swej wspaniałości objawił się ex. Nie do końca go rozumiem, przez telefon rozmawia ze mną bardzo niemile, czy on się mnie boi czy co? Weźcie przestańcie, to już tyle lat, nie lubię go, ale jakieś tam grzecznościowe formy trzeba zachować. Konsekwentnie nie wystarczyło mu odwagi, żeby się ze mną zobaczyć, a miałam na to wyjątkową ochotę, tym bardziej, że po zdjęciach na nk widzę, że nie wygląda za ciekawie, podczas gdy ja, pierwszy raz w życiu, naprawdę kwitnę [o ile nie zamarzam]. Gruby jest, pryszczaty, zaniedbany taki, flejtuchowaty… ble. I te łachy obleśne, kolczyki w uszach, tatuaże, włosy dłuższe, tłuste w strąkach… Jak to facet po 30, a bliżej 40. Jak ja nie cierpię takich starych pierników :) W każdym razie spędzili miło 2 godziny, ex za tarczą swojej nowej rodziny, ugoszczony przez mamę, bo on sam nie jest w stanie niczego zaplanować, a tylko pasożytować na tym, co mu ktoś inny przygotuje, leniuch paskudny. Dla Młodej przywiózł prezenty świąteczne, same gówna jak zwykle, nic konkretnego. Karty do gry z Witch 2 talie, pudełko na karty, folia na karty, gumki do tych kart, a jakże, puzzle 50 kawałkowe z Witch, czy jemu się wydaje, że Młoda ma 5 lat? O prezencie na urodziny zapomniał, a teraz, pod choinkę, takie bzdety… Młoda po jego wyjeździ mi mówi, mama, a kupisz mi na następne urodziny taki wypasiony telefon, jak ma tatuś, z ekranem dotykowym i w ogóle? Noż k@#$ mać. Córciu, a jaki telefon ma mamusia? Tamtego Ericssona kupiłam używanego z pracy, tak? Teraz mam jeszcze starszy, a Ty masz Samsunga z klapką i to lepszego. Kupuję ci to, co mogę, na co mnie stać. Skoro tatuś może sobie pozwolić na 2 takie wypasione telefony, to uważam, że twoim, córeczko, świętym prawem jest poproszenie go o taki telefon. No weźmie i naszczuje dziecko na wypasioną komórkę! Kretyn. Niech kupi jej sam, jak taki cwany.
Uch, gościu działa na mnie agresogennie, ja pewnie na niego też i stąd to naburmuszenie przez telefon;)

A za oknem sypie cicho i magicznie … białe gówno, przez które juto będę jechała do pracy znowu czterdziestką. Powinnam być wściekła przez te utrudnienia, ale jest po prostu cudnie , pięknie, bajkowo, mróz, nie aż taki wielki, śnieg błyszczy w światłach latarni, skrzypi, cisza, ech… A niech sypie, niech tak będzie do Świat :) Od poniedziałku, a właściwie od jutra po południu wolne aż do kolejnego poniedziałku włącznie, trochę odetchnę, posprzątam w biały dzień, pozałatwiam zaległe sprawy, nie jest źle. Czuję, że mnie Młoda na sanki zaciągnie;) Tylko jak zmusić Mirkę, żeby nas ciągnęła :D

ps. Florka naprawiona, ale w takich warunkach jednak wolę jeździć Żabą, jednak wazy pól tony więcej i trzyma się nieco stabilniej na drodze...

odchudzam-sie 2009-12-17 22:12:52 skomentuj (10)

Pracowita, przedświąteczna atmosfera:>


Sobota minęła nam wyjątkowo pracowicie. Jak na znakomitą gospodynię przystało, 2 tygodnie przed Świętami, zamiast myć okna, dzień poświęciłam na organizowanie dla dziecka stroju aniołka, jakieś tam jasełka w szkole, czy coś. Swoją drogą, jak ja się cieszę, że mam kumate dziecko, które wie, że gdyby mi powiedziało o tym w niedzielny wieczór, jak to zwykle dzieciaki robią, to zamordowałabym ją na miejscu, a stroju i tak nie zrobiła. Najpierw przeleciałam się po lumpkach w poszukiwaniu inspiracji. Nabyłam przy okazji, tak całkiem machinalnie, dla siebie po prostu przecudną, ciepłą, krótką spódniczkę ołówkową, czwarty już ciuch w rozmiarze 36 [mniam] [ds, nie wiem, jak ja to robię, ale ja też to sobie tłumaczę, że to są rozciągliwe materiały:) chociaż w tym przypadku jak raz jest to znakomitej jakoś wełna, zupełnie nieelastyczna…]. Poza tym, przewidując kłopoty w uszyciu anielskiej szaty, nabyłam zwykłą biała poszewkę na kołdrę. Oraz firankę [niby że na skrzydła, czy coś?] Potem zaczęłam oblatywać sklepy budowlane, a potem hurtownie w poszukiwaniu styropianu, bo zdałam sobie sprawę, że skrzydła z drutu to robota nie dla mnie. Latanie po mieście jest obecnie wyjątkowo utrudnione i czasochłonne, bo zamknęli wiadukt, łączący dwie części miasta, a objazdy są wyjątkowo uciążliwe. O tym jeszcze ponarzekam nie raz i nie dwa, bo remont wiaduktu ma trwać 10 miesięcy, a mama i szkoła są po drugiej stronie niż nasze mieszkanie.
[Od samego opowiadania o pracowitej sobocie się zmęczyłam].
W końcu zrobiłam jakiś obiad. Potem – zryw na równe nogi, bo zdałam sobie sprawę, że sama nie uszyję anielskiej szaty. Rura do krawcowej. Dawnośmy się nie widziały :) Pani krawcowa popodziwiała nową figurę, potem, jak zaczęłam jej tłumaczyć moją wizję anielskiej szaty z poszewki na kołdrę zrobiła dziwną minę, którą odczytałam jako „kurwa, tej to zawsze coś odbije”. Zapadła kłopotliwa cisza. Pani krawcowa bez słowa wyszła. Wróciła… niosąc gotową szatę anielską, tylko trochę za dużą na Młodą :) Powiedziała, żebym sobie dała spokój z tą poszwą, tu oto strój plus nawet opaska na głowę dla Maryi, mam zrobić z drutu aureolkę i wymyślić skrzydła i do widzenia.
Cały wieczór siedziałam jak ten ciul i tworzyłam skrzydła. Wyrysowałam, wycięłam, oczywiście resztki natychmiast się rozniosły po całej chałupie! Potem przyczepiłam szpilkami łańcuchy srebrny wokół skrzydeł, potem przyszyłam [kurde szycie sznurka do styropianu to już przegięcie:D tego jeszcze nie grali, jak babcię kocham] rzeczone sznurki, aby skrzydła się na czymś trzymały i voila! :) Aha, jeszcze nie voila. Jeszcze kalecząca ręce akcja robienia aureolki z drutu, wyginanie go to była, kurde, męka. Potem owijanie jej folią aluminiową i sprzątanie po cyrku to czysta przyjemność:)
Aczkolwiek jeszcze się namyślam, czy lepiej nie zrobić aureolki z waty, bo teraz jakoś mało anielska jest…

Dziś od rana zatrudniłam dzieciaki z podwórka do noszenia książek. Ładnie je posortowałam, poskładałam w kartony, wyszły 4 kartoniska i jazda nosić do auta. Jedno dziecko nosi, sapie, a ja tylko stoją przy passacie – chwalić opatrzność za jego bagażnik;) i pyta – a pani to wcześniej fordem jeździła. [to znaczy to było stwierdzenie, a nie pytanie]. No jeździłam, a co? A teraz pani jeździ TYM? Tu zdegustowane wskazanie brudnym paluchem na passata. Poczułam się w obowiązku bronić go, w końcu będzie mnie teraz woził do pracy. No co, pytam, ma mocniejszy silnik i w ogóle [gówno prawda]… dzieciak się wzdrygnął i mówi – ale ford fajniejszy. No cóż, ja też tak sądzę, ale nie mogłam mówić głośno przy tej żabie paskudnej, bo w końcu do roboty czymś trzeba jeździć;)  
A po południu.. spadł śnieg. Zaczarował mnie. Jakoś tak.. jak te płatki spadają, spokojnie, pomału, bezustannie, jakby miały wszystko i wszystkich w nosie, działają bardzo uspokajająco, kojąco.. poszłam z Mirką na wyjątkowo długi spacer, śnieg pada wielkimi płatami na ziemię, jest mróz i chyba będzie jeszcze większy, więc szansa jest, ze śnieg się utrzyma. Dla mnie jako dla kierowcy to zła wiadomość, chociaż Żaba dobrze się trzyma na śniegu, ale jedno co dobre – to że będzie jaśniej, bo ja już tych ciemności znieść nie mogę.
Po południu wróciłyśmy do domu i sprawdziłam maile. A tu..! wiadomość od gościa, jakiegoś zbieracza luksusowych książek, że chciałby kupić jeden z albumów które kiedyś próbowałam sprzedać na allegro. I pyta, czy mam więcej! A ja w mordę, akurat dziś je wszystkie wyniosłam do auta! I na bank nie będę ich spisywała od nowa… Pan zainteresowany, szkoda tracić okazję na być może zbycie ich za jakąś kasę:)  Pan zaproponował, żebym po prostu porobiła zdjęcia tych albumów i mu wysłała. Ale by było fajnie! Ja w sumie już planuję wyjazd na giełdę  za tydzień, po raz pierwszy w życiu w roli sprzedawczyni, ale będzie ubaw :D Na tą okoliczność spróbuję wykombinować jakoś porobienie zdjęć, chociażby kilku albumów… Ale doprawdy, mógłby się pan zdecydować chociażby jeden dzień wcześniej!
Teraz,  jak już książek nie ma w domu, mogę posprzątać, ale tylko MOGĘ i postawić choinkę :)  

odchudzam-sie 2009-12-13 17:56:22 skomentuj (16)

Senne mary i koszmary...


Przyśniło mi się, że mnie TIR rozjeżdża i to było straszne, obudziłam się z głośnym, zaciskającym oddech w gardle westchnieniem i szalonym biciem serca, Nie mogę teraz spać. Już dawno tak nie było... Ostatnimi czasy chodzę spać wyjątkowo wcześnie, rekordem była 19, kiedy mnie słabość, zmęczenie i przemarznięcie po prostu ścięły z nóg. No ale ta 21 to już jest normalka. Wczoraj połozyłam się spać o 22, więc w sumie nie aż tak wcześnie i zbudziłam się teraz, po tym tirze. Zrobiłam zaległe pranie, dodakowe płukanie jednej kurtki, która się nie spłukała do końca i teraz nie wiem co mam robić. Nie mogę usnąć. Ten tir cholerny mi zaraz staje przed oczami...

W pracy zablokowali nam najpierw dostęp do gg, a potem, jak się sprytnie przerzuciłam na tlen, to i dostęp do tlenu. No to został skype. Myślę, że go nie zablokują, bo jednak jest on głównie przeznaczony do kontaktów z kontrahentami - ostatnio dzwonił do mnie CHIŃCZYK! - zresztą potem przysłał mi ichniejszą kolędę, smętną niemożliwie, z życzeniami na Christmas. nie wiem czy ta akcja z blokowaniem była skierowana przeciwko mnie, ale wydaje mi się, że więcej osób z niego korzystało i może dlatego...? Zresztą, ja ostatnio w pracy miałam takie zapierdziel, że nie było jak taczki załadować, a co dopiero na pogaduszki. Miałam pewne kłopoty z pozbyciem się części obowiązków - po prostu je lubiłam i cięzko było mi przekazać coś, co umiem i lubię robić komuś, komu nie do końca ufam, zresztą - NIKOMU nie chciałam ich oddać. Ambitnie sądziłam, że uda mi się panować nad wszystkim. Ale w końcu nadmiar zajęć zmusił mnie z ograniczenia szalonej ambicji i dumy i podzielenia się ukochanymi obowiązkami z kolegą na wózku - pisałam już o nim. Niestety nie udało mi się go polubić, chociaż trudno mu odmówić inteligencji i wiedzy. Ma przy tym naprawdę cięzki charakter, pochodzi ze świetnej rodziny, gdzie zapewne wszyscy go wspierali itd, co spowodowało, że gościu jest zarozumiały niewiarygodnie i ma o sobie baaardzo wysokie mniemanie. Może i słusznie, ale sprawia, że facet jest po prostu niemiły w odbiorze i tyle. No cóż, sympatie i antypatie odłóżmy na bok, dopóki facet robi swoje, ja nie mam nic przeciwko niemu. Aczkolwiek nie bez pewnej satysfakcji zauważam, że nie nadąża ze wszystkim - to znaczy ma wciąz mniej obowiązków niż ja miałam, ale jednak. Więc po załatwieniu swoich spraw mówię mu - nie pytam - że robię zamiast niego to i to, bo to po prostu trzeba zrobić, na co on się zgadza, z ogromnym trudem, bo sam ambitny też jest i nienawidzi prosić o pomoc. Będzie dobrze.

Na sobotę zaplanowałam sobie sprzatanie świąteczne, takie z myciem okien, podłóg, szafkami itd, ciekawe co z tego będzie. Póki co, mam jakieś nieciekawe przeczucia, to przez ten TIR. Co gorsza, muszę pozałatwiać mamie parę spraw, więc muszę używać auta.
A, co do auta. Znowu się okazało, że jeżdżę bez przeglądu, więc Florka poszła do warsztatu, a ja jeżdżę passatem, czy już mówiłam, że to wielki i ciężki grzmot? Co ciekawe, albo jego licznik kłamie, albo auto jest tak głośne, bo mimo, że na liczniku 80, ja mam wrażenie, że jadę setką... przy rozpędzeniu do setki mam uczucie 120, dalej się nie rozpędzam, bo się boję. Więc może i mi na zdrowie to wyjdzie. Passat ma kilka ważnych zalet - ma lepsze głośniki, lepiej ustawione długie światła, ogromną przestrzeń bagażową - niestety w zimę bagażnika nie używam - i nie szarpie jak Florka. Ale jest wielki i czuję się w nim jak w czołgu. Co gorsza, nie ma podgrzewanej szyby :( :( :((((((( Wygląda na to, że pojezdżę nim dłużej, Wujek mówi, że mam sprzedać Florkę i będę jeździła tym czołgiem... No cóż. Na pewno będzie też stabilniejszy na śniegu... żaba jedna. To będzie dobre imię ;)
A w ogóle to zauważyłam u siebie jakąś podświadomą niechęć do dbania o potrzeby auta. Przeglądy, oleje, płyny eksploatacyjne są mi całkiem obojętne. Dla mnie auto ma jeździć, leję paliwo i koniec. Dopiero co przecież mało nie zatarłam Florki, bo zapomniałam, że olej się dolewa, teraz ten przegląd - kto by pomyślał? a Florka od dawna szarpie i mi to nie przeszkadza. Dobrze, że mam Wujka, który przytomnie sprawdza co jakiś czas, co się dzieje.

Prezenty mam już skompletowane, dziś jeszcze odbiorę z poczty ostatnie trzy - już czekają, ale nie miałam sił czekać wczoraj w kolejce - popakuję, zobaczę wizualnie jak to wygląda i z głowy. O, zaraz kartki świąteczne wypiszę. To znaczy te zdjęcia:) Nie mogę się na nie napatrzeć, boże, jak ja kochałam być blondynką :D ale to prawda, że nie do końca byłam wtedy sobą... To znaczy nie wyglądałam tak jak czuję, że wyglądam.

Mój komp domowy zdecydowanie dożywa swoich ostatnich chwil. Format mu nie pomógł. No ale ma swoje lata i był już tyle razy łatany i miał flaki wymieniane częściowo... dlatego, nie chcąc marnować okazji, zgłaszam się na konkurs, mają tam laptopa do wygrania, ha! nie mam specjalnych nadziei, jest wiele świetnych blogów, ale nigdy nie wiadomo :) Poza tym to odchudzanie mi się udało, przydałaby mi sie nagroda motywacyjna :)

Powinnam być mistrzynią w pisaniu o niczym, ot, zbudziła się kobita w nocy i snuje opowieści DOKŁADNIE O NICZYM :D

Miłego weekendu :)

odchudzam-sie 2009-12-12 05:19:03 skomentuj (5)

Przemiany i prezenty


Dziś waga pokazała upragnione, wyczekane, wyśnione 66kg - 2 i pól tygodnia przed założonym terminem. Coraz więcej ciuchuów mam w rozmiarze 36, a coraz mniej w 40. Myślę, że pod względem odchudzania mam prawo być z siebie dumna. Ale jestem tez i zakłopotana. A to z tego względu, że chciałabym już zakończyć odchudzanie, a nie bardzo mam pomysł, jak to zrobić. Panicznie boję się powrotu do dawnych nawyków jedzeniowych i dlatego boję się pomału wprowadzać - no własnie, tylko co? Może kawałek zwykłego chleba na śniadanie zamiast vasopodobnego - ale od kawałka chleba łatwo przejśc do dwóch, trzech, kolacji, kanapek do pracy itd, bo skoro się kupiło i lezy to szkoda zmarnować, a jak fajnie by smakowało ze smalcem, albo górą wszystkiego, jakiem, papryką, szybką, majonezem o kawałkiem ogórka konswerwowego. Mam takie odczucie, że nareszcie odzywiam się zdrowo i rozsądnie, zapewniam sobie wszystko co trzeba, w tym także i odrobinę szaleństwa [jeden kawałek pizzy raz na tydzień, kawałek ciasta na jakąs tam okoliczność], jem mięsko, jem warzyw dużo, owoce, jogurty, musli z błonnikiem. Jedyne, czego tak naprawdę odczuwam brak, a  i to bardziej psychicznie, niż fizycznie, to rybki, ale to chyba jest do naprawienia. Nie chcę jeść więcej, bo nie po to tyle czasu pracowałam nad zmniejszeniem żołądka, żeby go teraz rozpychać. Kartofli pozbyłam się z życia z ulgą. Może by trochę makaronu?
Ot, ktoś pomyśli, baba zgłupiała całkiem, schudła, to niech się cieszy i żyje spokojnie, a nie tu problemy quasipsychlogiczne wymyśla.

Jak wspomniałam, poszłam do fryzjera. Czas było zakończyć cudowną przygodę z blondem i niech ktoś powie, że źle wyglądałam... nawet, jeśli to było z sztucznym wspomaganiem;) Zdjęcie zostało zrobionena okoliczność pocztówki światecznej i w tym celu zostanie użyte i pozostanie na pamiątkę, och... :)

Niestety nie jest mi dane pozostać dłużej blondynką, włosy rosną w szalonym tempie, a razem z nimi odrosty, włosy zrobiły się niczym siano i nadeszła pora, aby pożegnać się z marzeniami o byciu zwiewną blondynką. No ale dobra, teraz będę ruda i zapuszczam włosy, aż będą do ramion, sukcesywnie farbując, aż będe wyglądać jak marzenie mego życia czyli Bree Van Der Kamp ;) Taki żart, prostych nigdy mieć nie będę, tego wzrostu i tej sylwetki też nigdy mieć nie będę i gotować tak też nigdy nie będę. Powiedzcie, że i tak dobrze wyglądam, no proszę, powiedzcie :D

Plan na ten tydzień - pozbyć się z domu reszty książek. Akcja ze sprzedażą nie wypaliła, co mogłam to powysyłałam, co gorsza, odnalazły się jeszcze inne ksiązki, mam ich już 4 kartony i nawet gdyby ktoś z Was je chciał, to ja nie mam sił na pakowanie, wysyłanie itd. Z tego samego powodu allegro nie wchodzi w grę - na wystawione 10 ksiązek udało mi się sprzedać 3 pozycje i czułam się po tym jakbym pokonała na piechotę Saharę. Jakim cudem ludzie się utrzymują ze sprzedaży na Allegro?? robienie zdjęc, ustawianie aukcji, pilnowanie ich, odpowiadanie na pytania, pilnowanie przelewów, wysyłki odpowiedniej osobie w odpowiednie miejsce, STANIE W KOLEJCE NA POCZCIE - tym mogłabym się zajmować, gdybym nie pracowała i umierała z głodu. Obecnie to odpada. Mam chytry plan wizyty w ostatnim antykwariacie i pozostawienia książek podstępem. A właściciel niech sobie z nimi robi co chce. Trudno, idą Świeta, ja muszę mieć miejsce na choinkę;)

Kupiłam Młodej [i sobie] pod choinkę stolik do łózka pod laptopa i czuję, że to będzie jeden z najbardziej udanych prezentów :) + gry na kompa, dla mamy śliczny szlafrok i piżama, takie grube, puchate, dla wszystkich ręczniki z osobistą dedykacją, ale brakuje mi jeszcze czegoś dla Wujka, hmmm...  pewnie skończy się na książkach jakichś. Wyjątkowo trudno mi kupić coś dla niego, Wujek jest osobnikiem o minimalnych wymaganiach życiowych i niczego nie potrzebuje w życiu poza swoją pracą, psem i świętym spokojem. Nie wiem, co kupujecie swoim tatom?

Ostatnio wcale mnie nie cieszą poniedziałki, i wcale nie chce mi sięiść do pracy...

odchudzam-sie 2009-12-06 20:56:50 skomentuj (36)

Księga Gości

dłoń : : oko

klikamy

Wyślij komuś kartkę!
Postcrossing

Powiedz, co myślisz
Jak schudłam i mam nadzieję, że na zawsze:)
GG

Nie czytam i nie linkuję blogów z czarnym tłem lub/i nieczytelnym designem
A dlaczego?

...
DS
Radziecki Termos
Prawdziwy Ostry Dyżur
Amabilis
PS
segritta
Celebrities again! :)
Rozrywka dla dzieci , ulga dla dorosłych :)
alrisa
kot wspanialy
seszele
maldinka
sheena
Malkontentka
Droomland
Blog reklamowy :)
kurde co ja tu...
Lewy Hak Ludzki punkt widzenia
Sistermoon
Biurwokracja
Kizia
normalna
stoprocent
Karrotka
foksal
conieco
whoever
od rana dowieczora
paszczur
Dintojra
TUV
wektor
thea
jbk

Bloguj się
Wejście

było i jest

2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń