RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

[...] żeby nie skasowali bloga

27 gru

taki tam wpis bez znaczenia

 
Komentarze (60)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przeprowadzka

06 lut

Nawet się dobrze złożyło czasowo. W styczniu akurat minęła 11 rocznica mojego pobytu tutaj. To dobry czas na podsumowanie, pożegnanie i przeprowadzkę.

Prosiłam wiele razy Adomasa, który, jak może starzy blogowicze pamiętają, rządził kiedyś blog.pl, jeszcze przed sprzedażą do onetu. Pisałam kilkakrotnie do onetu z prośbą, aby nie wstawiać moich notek nigdzie. W żadne polecane, żadne ciekawe, na żadne główne strony. Nie potrzebuję sławy ani uwagi. Niestety jakoś nie wyszło. Tak, wiem – blog zam z siebie w założeniu jest jakąś formą ekshibicjonizmu i krzyku – zwróćcie na mnie uwagę! ale jakoś wolę, aby to było na moich warunkach.

Po raz kolejny naszła mnie znienacka masa obcych ludzi i to o takiej porze, że nawet nie miałam o tym pojęcia, ani szansy na odpowiedź. A nawet jakbym miała, to dzięki wstrząsająco nowoczesnym wynalazkom w typie wordpressa nie miałabym możliwości zrobienia tego co zwykle, czyli zamknięcia się z dostępem tylko dla swoich. Tak, właśnie lubię swoje małe kółko wzajemnej adoracji i dziękuję Wam wszystkim, że mogę liczyć na poparcie, zrozumienie, wyważone komentarze i szersze spojrzenie, czasami dystans kogoś obcego pozwala inaczej spojrzeć na swoje własne kłopoty, przeżycia czy poglądy. Dzięki, że mnie bronicie czasami. Tak więc nadszedł czas, abym pożegnała się z blog.pl i poszukała innego miejsca dla siebie. Wiadomo, że ciężko od razu znaleźć się w nowym miejscu i powiedzieć, tak, to właśnie tutaj chcę być. Tak więc powiedzmy przez parę tygodni popiszę gdzie indziej, i jak się uda, to zostawię tutaj nowe namiary. Nie umiem po prostu przestać pisać całkiem, ale umiem się przeprowadzać.

Tymczasem podsumowanie.

Pierwszy wpis na blogu 25 stycznia 2002 roku, czyli można powiedzieć, byłam tu 11 lat. Szmat czasu, ponad 1/4 mojego życia, a może więcej dzięki retrospekcjom i wspominkom, mam tu opisane! W tym czasie wstawiłam tu 1108 wpisów z dzisiejszym, czyli eeee…. ok 100 notek rocznie, czyli jedna na 3-4 dni. Niezła pisanina,jak babcię kocham. Zostawiliście tu 15973 komentarze, w tym pewnie ze setka moich, plus pamiętam, że mogłam wywalić z powodów kulturalnych, duplikatów, itp około 100 komentarzy. Ale myślę, że to raczej zawyżona liczba.

Kiedyś miałam tu powstawiane rozmaite liczniki statystki, ale z powodu licznych zmian wyglądu strony, a na koniec wielkiej zmiany ubiegłorocznej, tfu, z wordpressem, nie mam bladego pojęcia, jak to może wyglądać obecnie. Pamiętam, że kiedyś zazwyczaj to było ok 350-370 wizyt dziennie, z małym spadkiem w weekendy i wielkimi pikami, gdy zdarzyło się nieszczęście w rodzaju notki na głównej stronie czegokolwiek, albo blogowych wojenek, [gdzie te czasy, ech;)], więc myślę, że te 360 można założyć. Policzmy. To będzie jakieś 1.440 tys odwiedzin, z czego pewnie 10% to moje. Niechby nawet, to i tak daje 1200000. Też nieźle. Tyle razy ktoś z Was otworzył tę stronę, zobaczyć co u mnie. Dziękuję :) Szkoda, że te statystki nie działają jakoś lepiej, to było ciekawe patrzeć, skąd do mnie trafiacie, w jakich krajach / miastach żyjecie, jakimi słowami kierują się ludzie, którzy trafiają do mnie skądś indziej, z jakichś wyszukiwarek.

Udało mi się tu poznać wiele osób, w większości kobiet z podobnymi do moich problemami. Wiele z Was poznałam osobiście, i to zawsze były miłe spotkania, i do dziś utrzymujemy kontakt. Wiele kojarzę po niezmiennych od lat nickach. Wiele pamiętam, chociaż znikły gdzieś w odmętach netu.

Blog ten założyłam dlatego, że chciałam mieć miejsce, gdzie mogłabym dzielić się z kimś moją walką ze zbędnymi kilogramami.  W międzyczasie 3 razy schudłam i trzy razy przytyłam znowu. Nie mówię o wahaniach typu +/-5kg, ale o poważniejszych ilościach. Raz na początku, drugi raz po wczasach odchudzających. Po nich szaleńczo ćwiczyłam sama na siłowni i na aerobiku, co skończyło się dyskopatią i operacją kręgosłupa, która raz na zawsze wykluczyła Kamasutrę z mojego życia erotycznego. I trzeci raz po Meridii, którą do dziś uważam za genialny wynalazek, wywalony jak dziecko z kąpielą. Ale to nie chwila na dyskusję o Meridii. Blog z typowo odchudzaniowego, jakich miliony w necie, zmienił się w miejsce, gdzie skrupulatnie odnotowuję zmiany w moim życiu, gdzie piszę o wszystkim, co mnie cieszy, bawi, martwi, wkurza, irytuje, nudzi.Zresztą, takich też jest miliony:D Kiedyś udało mi się nawet zdobyć nagrodę za bloga, dostałam wtedy aparat fotograficzny. Kiedyś potem – czy to nie było rok temu? – próbowałam znowu szans w konkursie, ale w tej ilości blogów, jaka jest teraz, nie miałam na to szans z całkiem zwyczajnym blogiem.

W tym czasie moja córka zmieniła się z ledwo 3 letniego brzdąca w niemal 15 letnią pannicę. To ogromna zmiana. Z dnia na dzień obserwowałam jak rośnie, dojrzewa, jak zmienia się zewnętrznie i wewnętrznie. Przedszkole, szkoła, komunia. Te zmiany mam zapisane tutaj na zawsze i z tego się najbardziej cieszę, to największe osiągnięcie blogowe, że mam to zachowane,bo to dla mnie niesamowita pamiątka, poczytać stare wpisy o niej, przypomnieć sobie to, co może zawodna pamięć już wywaliła z rejestru. Codziennie rano patrzę na nią, ciesząc się, że ją mam, że ona ma mnie, że jest jeszcze fajniejsza, niż była wczoraj. Młoda wyrosła na rozsądną, pogodną dziewczynę, znoszącą ze spokojem nasze wieczne zawirowania życiowe, rozmaite przygody, przejścia, wycieczki, przeprowadzki, wypadki, plany itd. Jeszcze nigdy nie złamała mojego zaufania. Jest dla mnie najlepszą przyjaciółką i zrobię wszystko, aby była zadowolona ze swojego życia w przyszłości.

W międzyczasie były także rozmaite wydarzenia w sferze uczuciowej. Najważniejszy był zdecydowanie L, do dziś żałuję, że nam się nie ułożyło, ale życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że spełnia swoje plany i marzenia. Ale byli także inni, z których część pamiętam do dziś, jak D, jak R, jak M, część wyrzuciłam z pamięci dość zdecydowanie i dziś wytężam umysł, zastanawiając się, podczas czytania starszych notek, kto to w ogóle, do cholery, był? parę profili na portalach randkowych, setki nieudanych randek i złamanych nadziei na wspólną przyszłość. Teraz moje życie osobiste wygląda inaczej. Celowy celibat od ponad 3 lat, z którego jestem w dodatku całkiem zadowolona. Jednak jak się ma córkę, z którą się spędza dużo czasu, to ciężko ukryć spotkania z jakimś facetem, randki, próby nawiązania kontaktu, a nie chcę, aby został w jej pamięci widok mamy, desperacko miotającej się od jednego faceta do drugiego. Starannie się pilnuję, aby swoich potrzeb emocjonalnych nie przerzucać na Młodą, ona musi mieć swoje życie, przyjaciół, kontakty społeczne, a kiedyś super męża i w ogóle rodzinę.

W międzyczasie miałam chyba wszystkie możliwe kolory i długości włosów,  poza swoim naturalnym, a nawet zabawną perukę. I tego także nie żałuję, bo w sumie czemu nie eksperymentować, jak jest możliwość.

Nauczyłam się jeździć autem. Najpierw Opel Asterka, który się skasował w wypadku, na szczęście nie z mojej winy i bez uszkodzenia mnie. Potem Fordzik Florka, sprzedany. Teraz jeżdżę Audi. Jeżdżę o wiele wolniej niż kiedyś, jednak człowiek musi się wyszaleć i trzeba tylko trzymać kciuki, aby w tego szumienia nie zrobić krzywdy sobie ani innym.  Wszystkie samochody były/są oczywiście Wujka, który żongluje nimi jak zawodowy dealer samochodowy. W ogóle Wujek pokazał, że jest moim prawdziwym ojcem pod każdym względem i zawsze mogę liczyć na jego pomoc.

Mama zachorowała. Z pełnej życia, energicznej kobiety, stawianej jako wzór żywiołowości, stała się staruszką steraną przez przeogromny ból, kłopoty z sercem i górę spalanych papierosów. Nie mam serca jej dręczyć tymi fajkami, nie wiem, ile lat jej zostało, ale nawet teraz jej jakość życia jest fatalna. Ja wiem, jak to jest, kiedy ciągle boli, kiedy człowiek jest w nieustającym nawet na chwilę cierpieniu i podziwiam Mamę, że mimo wszystko sobie radzi i trzyma się życia jak może. Kłóciłam się z nią wiele razy, i często pisałam o tym tu na blogu, ale teraz to już nam się zdarza bardzo rzadko, ona jest spokojniejsza i ja chyba nabrałam dyplomacji potrzebnej do tego, aby wiedzieć, kiedy się zamknąć, bo to wszystko i tak tylko słowa. Kocham ją jak nie wiem co i wiem teraz, jak ciężko jej mogło być samej mnie wychowywać. Tym bardziej, że ja bynajmniej nie byłam aniołkiem i nie miałyśmy nawet w połowie  tak dobrego kontaktu, jak ja mam teraz ze swoją córką. To wszystko minęło bez śladu, teraz chcę tylko, aby żyła jak najdłużej i jak najmniej cierpiała.

Zmieniłam pracę. Wyniosłam się z miejsca, którego nienawidziłam, które mnie męczyło, nudziło, gdzie upokorzenia były codziennością, gdzie nikt nikogo nie szanował, gdzie nie były zachowywane jakiekolwiek prawa człowieka, gdzie było wstrętnie, obleśnie, brudno, myszy i szczury, zero wakacji. Udało mi się znaleźć pracę, którą uwielbiam, gdzie jestem szanowana, DOCENIANA i to w dosłownym znaczeniu, gdzie ludzie liczą się ze mną, gdzie wszystkich lubię, i wszyscy [mam nadzieję, albo przynajmniej większość] lubią mnie. O, proszę. W kwietniu znowu jadę do Paryża na targi i już mamy zaproszenia na 3 wystawne kolacje.

No i najnowsze – przezwyciężyłam swoje wieczne zmarźlactwo i zostałam morsem! zanurzenie się zimą w lodowatej wodzie to coś, przed czym broni człowieka silna bariera psychiczna, a co w rzeczywistości nie jest nawet w połowie tak straszne, jak to człowiek sobie wyobraża. Zimna nie czuć.

Do zobaczenia gdzie indziej. Kolejny wpis będzie za miesiąc z nowym adresem.

Dziękuję wszystkim za wszystko, do zobaczenia gdzie indziej – żegnaj blog.pl . WordPress to była porażka.

 
Komentarze (150)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zumba

30 sty

U ojca spodobała mi się płyta z zumbą. Oni i tak nie tańczą ani nie ćwiczą, więc przywłaszczyłam sobie. Moim zdaniem powinnam sobie także przywłaszczyć Wię, która jest absolutnie GENIALNYM wynalazkiem, ale nie zgodzili się, niech więc im się kurzy na półce, jak dostanę premię jakąś fajną, to sobie kupię sama. A może którejś czytelniczce też się kurzy na półce? chętnie odkupię.

Zumbę skaczę sobie i tańczę w domu regularnie, bardzo przyjemne. Ale jedna rzecz mnie martwi. Od zawsze wszyscy wokół mi powtarzali, że mimo wiecznej nadwagi, ruszam się bardzo wdzięcznie, bardzo latynosko, rytmicznie i kusząco. Przy tej zumbie czuję się, i co gorsza wyglądam, wiem, bo sprawdzałam w lustrze, jak kawałek drewna. Jakoś znikło we mnie wyginanie śmiało ciała, znikły te kocie ruchy, murzyńskie wywijanie wydatnym tyłkiem, seksowne gesty, cygańskie ramiona  i zastanawiam się, co jest przyczyną. Gruba byłam zawsze, więc to nie o to chodzi. Kręgosłup drewnieje? Starzeję się cała? Gąbczeję? Sama już nie wiem, ale wiem, że tak kluchowata i niezgrabna chyba jeszcze w życiu nie byłam. No nie nadążam.

W tym roku skończę 40 lat. To będzie czarny dzień, mówię Wam.

 
Komentarze (45)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

rolnicy i ich protesty

29 sty

Ostatnimi czasy rolnicy uprzykrzają mi życie. Mianowicie rolnicy protestują w ten sposób, że jeżdżą sobie wolniutko ciągnikami po drogach, które, jak przypominam, mają po jednym paśmie w każdą stronę. Powoduje to wielokilometrowe korki, co bynajmniej nie jest żadną przyjemnością, zwłaszcza, jak ktoś ma luksus w życiu taki, że w korkach niemal nigdy nie stoi. Na mojej trasie przejazdu nigdy żadnych korków nie ma. Do pracy jadę główną drogą, albo skręcam w prawo, ponadto żadna tu metropolia i korki są rzadkością.

A tymczasem rolnicy sobie protestują i droga do domu albo trwa dwie godziny zamiast 20 minut, albo muszę jechać jakimiś wioskami, więc też jestem w domu później, mało tego, mam kilometry na liczniku nadprogramowe.  Więc nie lubię tych rolników ani ich protestów.

Pracowałam w centrali nasiennej 8 lat, znam tych chłopków i ich problemy na wylot i nawet rozumiałam ich pierwsze protesty. Bo mają problemy z zakupem ziemi, polskie prawo dopuszcza podstawianie tzw „słupów” do przetargów o ziemię, a młodzi rolnicy chcą się rozwijać, nie mają jak ziemi kupić. Już mnie nieco zagotowało, bo czy ja robię jakieś protesty, jak nie mogę dostać w sklepie np ciuchów w swoim rozmiarze? Ale dobra tam.

Ale teraz protestują, żeby jakiegoś tam kierownika lokalnej agencji rolnej zwolnić. No jasna dupa! Czy ja protestuję, jak mnie się mój szef nie podoba? ciekawe co by było, jakby w proteście np za zbyt wysokie ceny paliw normalni kierowcy zablokowali wszystkie wiejskie drogi na przykład w trakcie żniw. To by był dym!

Rolnicy mówią tak – „każdemu się zdaje, że nasza praca jest taka łatwa, to niech kupią ziemię, i zaczną gospodarkę”. A ja mówię tak – skoro oni uważają, że ich praca jest trudna, a innych nie, to kto im broni sprzedać ziemię, która mają – skoro tak trudno kupić ziemię, tona pewno jest na nią wielu chętnych – niech sprzedadzą sprzęt i znajdą sobie inną pracę. Każdy ma swoje problemy, ale powinien je rozwiązywać we własnym zakresie.

Kiedyś byłam życzliwie nastawiona do rolników i ich kłopotów, zamiast się cieszyć, że pogoda, to myślałam w lato, że susza jest i mało zbóż, trudna uprawa. A teraz przez te ich protesty to życzę z całego serca, żeby sobie tę ziemię kupował nawet bamber niemiecki, a szef niech w zdrowiu i szczęściu żyje na stanowisku po kres swoich dni, i na złość tym rolnikom, niech będzie suche i gorące lato – oni się nie martwią o moje problemy, czemu mnie mają obchodzić ich problemy? Chleb i tak jest drogi i będzie droższy, bez względu na pogodę.

Protestom rolników mówimy stanowcze NIE.

 
Komentarze (31)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Stół z powyłamywanymi nogami

26 sty

Kuchnię tu mamy malutką, ale wszystko co trzeba, mieści się w niej bez kłopotu. Myślę, że gdyby ją urządzić po swojemu, to byłaby o wiele bardziej funkcjonalna, bo te meble, które tu są, są przeokropne, stare, chwiejące się, wielkie grzmoty zawalające ściany, ale i tak nie jest źle.  No właśnie, meble… zamiast stołu jest taki stoli wielkości pół ćwierci metra kwadratowego, przy oknie, podparty od dołu skośną nóżką, w sam raz na rodzinne śniadanko, albo by przygotować obiad dla dwóch osób. Lub dla dziesięciu w pracy, ale to co innego. Nóżka z jakichś powodów nie dawała się złożyć, ale to nic.

Znalazłam super foremkę i zachciało mi się zrobić ciasteczka. Młoda przyniosła książkę kucharską dla dzieci, i oglądamy razem obrazki. A tu nagle rumurułup! Nóżka się złożyła raz na zawsze, a stolik odpadł od ściany razem z kafelkami, na których najwidoczniej wisiał.

Młoda ze śmiechu, że tym razem to nie jej wina, niemal się turlała. Musimy teraz prędko znaleźć jakąś złotą rączkę, który przywróci kuchnię do poprzedniego stanu, bowiem ciężko jest funkcjonować w kuchni bez jakiegoś najmniejszego nawet blatu roboczego, a co najgorsze, jak mamy teraz jeść wspólnie śniadanie.

A prawda, ferie są, i tak będę jadła sama. No ale coś ze stolikiem trzeba zrobić…

Dokupiłam jeszcze chustę i firankę i idę do kumpeli kombinować ze strojem hawajskim. Na takim wielkim zlocie wszyscy się przebierają, cudują, więc na pewno nie będę jedyna. Powiem więcej, jest masa ludzi, którzy się do każdej kąpieli przebierają.

Jutro po kąpieli odświeżę kolor na włosach i wtedy Wam pokażę perukę Meridy :D

O proszę

Ola Waleczna z przodu

Ola Waleczna z tyłu

PS Kąpiel była super, tak zimno jeszcze nie było, z wrażenia zamiast do 75 doliczyłam do 125, więc znacznie przekroczyłam limit czasowy. Szczerze polecam każdemu:) Najlepsze z tego wszystkiego są miny turystów i spacerowiczów, i nawet rozumiem ich pełne niesmaku i szoku twarze, w końcu co za wariaci kąpią się w morzu 27 stycznia? Trzeba mieć nierówno pod sufitem.

 
Komentarze (24)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS