RSS
 

hula

23 sty

Za półtora tygodnia główny zlot morsów, w którym oczywiście mam zamiar czynnie uczestniczyć. Masa ludzi się tam zjawi i większość będzie przebranych wesoło, ja też chcę. Wymyśliłam sobie, że będę Hawajką. Przebranie ma masę zalet, przede wszystkim osłania pękate bioderka i tłuste udka, zastępując to widokiem miękko układających się fałd spódniczki. I tu dochodzimy do jedynej wady przebrania, mianowicie nie wiem, jak zrobić spódniczkę hula. Myślałam już:

- kupić, ale kupne są z jakiejś lipnej folii, a nie sądzę, aby folia była dobra na kąpiel, będzie się unosiła na wodzie, a potem oblepiała nogi w sposób wcale nie zaplanowany;

- do paska doczepić różne rzeczy, np. pociętą w kawałki wełnę, albo sznurek, albo worki na śmieci pocięty w paski ["mamusiu, będziesz wyglądała jak w worku na śmieci pociętym w paski"], albo kolorową chustę pociętą w paski. Najbardziej by mi tu sznurek pasował, ale jak pomyślę, ile będę musiała sznurków zawiącać to mi słabo, węzełek koło węzełka;

-podobno można kupić trzcinę, czy coś podobnego, ale jakoś nie sądzę, aby była odporna na kąpiel w wodzie;

-coś najfajniejszego, mianowicie firanki, które są z samych frędzli, ale jedna o wymiarach 1,5x3m kosztuje 45 zł, dziękuję bardzo, to więcej niż mój budżet przewiduje na rozrywki;

czy ktoś ma jakiś inny pomysł?

Kwiatek na włosy już mam i naszyjnik też się znajdzie :)

Dziś przez dawno nie widzianą koleżankę zostałam posądzona o to, że znowu chodzę w peruce. Heh. No więc to NIE JEST peruka :D

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mały sierściuch

20 sty

Miałam okazję w zeszłym tygodniu jechać pociągiem. Trasa średnia, ze 200 km, jak wsiadłam do pociągu i zobaczyłam w przedziale małego wilczka, to wiedziałam, ze to moje miejsce. Szczeniak 2 miesięczny jechał ze swoim młodym panem, zakochanym w nim do szaleństwa. Piesek pochodził z hodowli, miał grube łapy, długą sierść, chwiejące się uszy, zawadiacki szczeniacki charakter i był tak absurdalnie słodki, śliczny i rozczulający, że gdybym mogła rzygać tęczą, to z pewnością bym to zrobiła.

Szczeniak

 

Dziś znowu morsowałam w morzu, co tydzień wydłużam pobyt w wodzie o 15 sekund, starannie wyliczanych w myśli . Udało mi się nic nie zgubić, ale za to wywaliłam się w morzu i zmoczyłam rękawiczki, które miały chronić mi ręce przed zmoczeniem. To musiało być komiczne :D Potknięcie się o falę i wystawienie tyłka w stronę licznie zgromadzonej publiczności.

Morsowanie jest fajne, ale martwi mnie chaos, który się robi wokół mnie w jego trakcie. Nie umiem się jakoś sensownie spakować, nie umiem się spokojnie przebrać, po wyjściu z wody wszystko fruwa, portfel leży w mokrych majtkach, komórka nakryta ręcznikiem, klapki wiszą na termosie i gdzie kurde jest jeszcze jeden suchy ręcznik, który tu sobie miałam! Muszę to wszystko jakoś sobie przemyśleć, jak to zrobić, żeby nie gubić niczego, nie zachorować, nie dać się okraść i nie zmarznąć, a jednocześnie nie wozić ze sobą kilku toreb.

Na fejsie wśród nielicznych znajomych, których mam, jest dyrygent i jego narzeczona, pani także z chóru. Oboje są bardzo sympatyczni, ale nie mogę ukryć, że wymieniane przez nich publiczne czułości przyprawiają mnie o mdłości. „Oj kotkuuu… :***”. No kurczę, takie wyznania to się robi  na jakichś prywatnych profilach, a nie w tak publicznych gronie, jakim jest fejsbuk. Nie wiem, czy to dlatego, że jestem sama, czy dlatego, że stara, czy taki już mój charakter, publiczne niemal wylizywanie się jest dla mnie z lekka obrzydliwe. Nie wypada mi niestety ich wywalić ze znajomych, poza tym jestem zainteresowana komunikatami chóralnymi, więc szczęśliwie się nawet składa, że rzadko tego fejsa odpalam.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Foka;)

14 sty

Zgódźmy się, poprzedni raz był mocno lajtowy. Temperatura na plusie, kupa ludzi i ogólnie wydarzenie takie.. no.. społeczne i nakręcające. Taka atmosfera nakręcona.

Kolejny raz był zapowiedziany na niedzielę, na okoliczność Orkiestry Owsiaka. Tymczasem w piątek zaczął sypać śnieg i pojawił się mróz, który błyskawicznie ściął każdą okoliczną wodę. Ale co tam! Znowu się podłączyłam z kumpelą do lokalnych morsów iiiiii….! kiedy tylko kajaki zapaleńców rozorały grube tafle lodu na brzegu, znowu to zrobiłam! Oczywiście nie sama, w kupie raźniej, no i wydłużyłam swój pobyt z 30 sekund do 45;) Poprzednio zgubiłam klapki w trakcie, tym razem zgubiłam majtki po wszystkim i w ogóle to wolałabym unikać tej zgubnej tendencji w przyszłości, ale ogólnie myślę, że postęp. Pogoda była wymarzona, słońce, dużo skrzypiącego śniegu, zero wiatru. Muszę kupić neoprenowe skarpetki albo butki, bo w momencie wejścia do wody tracę czucie w stopach, i koniecznie jakąś wypasioną chustkę na biodra i uda [to po obejrzeniu przeohydnych fotek z ostatniego razu, co gorsza, będę w telewizji, bo i kablowiec napatoczył się, jak się rozgrzewałam. Już sobie wyobrażam wyszczerzony skaczący baleron w tv, ech].

Za tydzień znowu to zrobię! :)

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Morświnka

06 sty

Nowy Rok też spędziłam z Mamą, Wujkiem, Młodą i Mirką w domu i wszyscy byli zadowoleni. Kolejne miłe dni… Mirka, otoczona kochającą rodziną, przeżyła huki i strzały jakoś mniej boleśnie niż przedtem.

 

Od zeszłego roku chodziło mi po głowie morsowanie. Chciałam jakoś pokonać to moje zmarźlactwo, więc w ramach postanowienia noworocznego. Ale nadeszła wiosna, lato, potem miałam na głowie wyjazd, potem święta i jakoś zeszło. W piątek jadę rano autem do pracy, słucham lokalnego radia i co słyszę? Jakiś Zlot Morsów w niedzielę. Decyzja była natychmiastowa – JEDZIEMY Z MŁODĄ. Młoda jak zwykle zaakceptowała z pewną dozą entuzjazmu. Na wszelki wypadek, żeby nie spękać – zachęciłam znajomą, która jak się okazało – też od jakiegoś czasu się czaiła. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, nie miałam też plecaka, więc do walizki spakowałam:

Ręczniki 2

Klapki plastikowe x 2

Skarpetki zapasowe x 2

Termos z gorącą herbatą

Termofor

Ogrzewacze do rąk 2

Dodatkowe po dwie warstwy ciuchów na każdą

Bieliznę na zmianę

 

Okazało się, że bardzo sensownie. Na miejscu podpięłyśmy się po lokalną grupę morsów i z niejakim drżeniem w sercu oczekiwałyśmy, co będzie dalej. Powitanie grup z całego świata, rozgrzewka i w końcu nadeszła chwila, kiedy trzeba było się rozebrać. Zrobiłam to jak najszybciej i wbiegłam do morza, czując nadchodzące oszołomienie. Zgubiłam klapki. Zanurzyłam się dwa razy, wrzeszcząc jak opętana. Wyleciałam z wody, zdając sobie sprawę, że w ogóle nie jest mi zimno, natomiast wewnętrzny imperatyw kazał mi natychmiast jak najszybciej się ubrać i napić gorącej herbaty. Co też uczyniłam, i reszta naszego małego towarzystwa też. Kurczę, nie wiem jak później, ale przy pierwszym razie czułam totalne oszołomienie, szok, że styczeń, a ja w końcu TO ROBIĘ, zanurzam się w lodowatym [?] morzu, ludzie dookoła ubrani, inni goli cieszą się morzem, a ja latam bez sensu, pokrzykuję, daję Młodej sprzeczne polecenia, jednakże to inteligentne dziecko i już wcześniej miałyśmy ustalone, co i jak, więc sama z siebie zrobiła co trzeba. Tak, zrobiłam to!!!!!!!! Przebrałyśmy się, 2 warstwy dodatkowe się nie przydały, bo nie byłam w stanie myśleć na tyle, aby sobie przypomnieć, gdzie one są, pożegnałyśmy się prędko i do auta, gdzie baaaardzo pomału w drodze do domu dochodziłam do siebie. Ze znajomą doszłyśmy do wniosku, że o ile ja nie zejdę na zapalenie płuc, a ona na zapalenie przydatków, to niebawem robimy powtórkę i w ogóle zapisujemy się do tej zabawy, włącznie ze składkami. Póki co, żyjemy obydwie.

 

Po ponad roku mieszkania tutaj skończyła się moja cierpliwość do pralki. Załatwiłam gości do wnoszenia i znoszenia i przytransportowałam tu swoją pralkę, zaś starą, z pozatykanymi otworami na proszek, z niskimi obrotami, kazałam wynieść do „tamtego” pokoju. I to wszystko być może na 3 miesiące przed wyprowadzką. Nie ma to jak wyczucie czasu J Najlepsze zaś jest, że pralka, mimo 2 zim w lodowatej ruderze nadal działa. A’propos rudery – mieszkańcy komunalni dostają pomału mieszkania, zostały już tylko 2 rodziny. Co dalej?

 

Jakiś czas temu pękła mi szyba w aucie. Niezauważalnie, troszkę. Tydzień temu pękła dalej, a w piątek dopękła na amen do połowy szyby. Na wtorek jestem już umówiona na wymianę…

 

W Stanach dostałam w prezencie kurtkę zimową. [Nie, nie od ojca]. Kurtka jest super cieplutka, mimo braku ściągaczy na rękawach, i ma tylko jedną zasadniczą wadę – ma śliczny kremowy kolorek. Aaaaa… i na metce jest napisane, prać z trzema piłkami tenisowymi. Zlatałam cała wieś, aby się przekonać, że w jedynym sklepie sportowym nie ma piłek tenisowych, bo likwidacja, są za to w zabawkowym, ale „remamęt jest”. W końcu dopadłam tych trzech piłek tenisowych, tylko po to, aby się doczytać, że kurtkę należy SUSZYĆ z trzema piłkami. Pewnie po to, aby rozbić w środku puch, albo nie wiem co. W każdym razie na wszelki wypadek do prania także wrzuciłam trzy piłki, żeby się nie zmarnowały;)

 

Dziś rano, przed wyjazdem na morsy, coś mi przeszkadzało w oku. Zdjęłam soczewkę – nadal przeszkadza. Zawołałam Młodą – mamo, masz w oku włos! Po długich kombinacjach udało się go wyciągnąć z oka. Po rozwinięciu mierzył… 11 cm. Jakoś źle mi się to skojarzyło, z jakimiś japońskimi horrorami, czy też egzotycznymi filmami dokumentalnymi, pokazującymi najdziwniejsze choroby świata – chociaż ewidentnie włos był z głowy. Dziwaczne.

A jeszcze, co do włosów. Kolega z pracy od dawna namawiał mnie do obejrzenia bajki o Meridzie Walecznej, robiąc przy tym znaczącą minę. W końcu obejrzałam i zdumiałam się. 20 kg na ciele mniej, 20 cm na włosach więcej i jestem Meridą! Mam identycznego pomarańczowego rozczochraja na włosach. Wypisz wymaluj… Młoda się śmiała do upadłego.

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

spokój

27 gru

W ogóle mało co napisałam o samym wyjeździe. Ale to dlatego, że chyba nikt nie lubi pisać o czymś, co mu nie sprawia specjalnej przyjemności, a wywołuje li i jedynie irytację i gniew.

Podczas lotu tam przeżyłam coś pięknego – widok księżyca w pełni, wchodzącego na czyściutkim niebie, zabarwionym tylko zachodem słońca, i niesamowita była nie tylko czysta, piękna kula na niebie, ale fakt, że wschodziła dużo poniżej mojego poziomu. Pierwszy raz patrzyłam na wschód księżyca z góry. Ten widok zapamiętam na zawsze.

W Monachium zadzwoniłam na chwilkę do ojca powiadomić go, że właśnie wylatuję, na co ojciec, ledwo przytomny, powiedział, ale zaczekaj, zaczekaj, ja muszę wyjechać wcześniej, jesteś w stanie dojechać taksówką? Zniecierpliwiona odparłam, że oczywiście, dam sobie jakoś radę, ale już muszę wyłączać komórkę, bo ruszamy! Ale na pewno? taaaak i w tym momencie podeszła uprzejma stewardessa, z naciskiem prosząc o wyłączenie komórki.

W Chicago dostałam ostrzeżenie od Immigration, że nie mogę tak sobie jeździć i mam się postarać o Reentry Permit, czyli biały paszport, dający mi zwolnienie na 2 lata od wyjazdów. Oczywiście musiałabym kupić dwa takie, a to razem będzie 800 USD i dziękuję bardzo, nie mam takiej kasy. Ale dobra tam. Wyszłam z lotniska przypadkiem jakąś okrężną drogą, omijając całkowicie kontrolę celną. Profilaktycznie rozejrzałam się, nikt na mnie nie czekał, więc poszłam na postój taksówek. Kierowcą był Azer, który przyjechał 2 lata temu i proszę, już miał samochód i dobrą pracę. Na moje pytanie, czy zostawił kogoś w Azerbejdżanie, odparł znacząco, mrugając okiem „TUTAJ jestem sam”. Nie o to mi chodziło, chciałam się dowiedzieć, czy nie tęskni za rodziną. Taaaak, tęskni i w ogóle.

3 minuty przed dojazdem dzwoni żona ojca. Gdzie ja jestem? bo tatuś czeka na lotnisku. No cóż, zostawił wiadomości na telefonie służbowym. Tych wiadomości w ogóle nie odbieram, w końcu mam urlop. A ojciec jednak wykombinował, że przyjedzie. No cóż, małe nieporozumienie.

Szczęśliwie i subtelnie nikt nie zwrócił głośnej uwagi na fakt, że znowu jestem gruba jak baryła. Siostra przyrodnia schudła bardzo – zaczęła nowe życie, schudła prawie 100 kg, ciężko pracując na siłowni, tylko pozazdrościć jej samozaparcia. Wygodnie się tłumaczę sama przed sobą, że ja nie mam kiedy i za co chodzić na siłownię, a poza tym czas chcę spędzać z dzieckiem, a nie wśród obcych ludzi. Brawo, dziewczyno, że dałaś radę. Za to teraz nasze sytuacje się odwróciły – ojciec zagryza wargi, ale wskutek choroby i siedzącej pracy sam ma teraz sporą nadwagę i każde słowo krytyki przyjmuje złością i warkotem, więc jego żona nie odważa się powiedzieć słowa. Ale jak była fałszywa i złośliwa tak pozostała nadal.

Wymyślili obydwoje, że mam przyjechać na pół roku, odbić się finansowo. Czy im odbiło kompletnie? Mam zostawić tu dobrą pracę? Mamę? MŁODĄ? muszę sobie długo klarować, że przecież żadne z nich nie ma zielonego pojęcia o więzi dziecka z rodzicem i dlatego proponują takie głupoty. Tylko to mnie powstrzymuje od powiedzenia wprost, co myślę o ich propozycji. Zresztą, ile ja tam zarobię przez pół roku? Odjąć koszt podróży, utrzymanie – czy to co zostanie, zrekompensuje mi utratę pracy? Bo po pół roku nie sądzę, abym miała po co wracać – wiadomo, że jak firma obywa się bez kogoś pół roku, to równie dobrze może się obyć bez niego na zawsze. Nawet więc nie pytam szefowej o taką możliwość, bo to głupie.

Poza tym… przez ojca i tę jego.. żonę.. odechciało mi się Ameryki. To piękny kraj, przyjazny, pełen udogodnień i możliwości, i w innych okolicznościach na pewno nie wahałabym się ani chwili. Ale jest jak jest. Nie mam w tej chwili żadnego argumentu dla siebie na wyjazd, niechęć do kraju w którym teraz żyję, stłumiłam i staram się o tym nie myśleć. Mam w sobie natomiast także długo hamowane urazy do ojca, począwszy od jego pozostawieniu mnie i mamy w Polsce, poprzez rozmaite wyczyny potem, a skończywszy na pobycie Młodej tam i jego komentarzu, żeby ona tam więcej nie przyjeżdżała sama. To ja mu oddaję pod opiekę osobę najważniejszą dla mnie ze wszystkiego, mój skarb, moje serce, a on tak? nie krytykuje się czyjejś najbliższej rodziny i o tym dobrze wiedzieli mafiozi włoscy. I cały czas też myślę o tym, jakby to było, gdyby za lat parę Młoda postawiła mnie w takiej sytuacji, a to przecież możliwe. W przeciwieństwie do mojej mamy ja nie stawiałabym oporu [tak teraz przynajmniej myślę], ale co bym czuła…

Dobra tam. W każdym razie ojciec tak jakby nie przyjął do wiadomości mojej wprost wyrażonej wiadomości, że NIE ZOSTAWIĘ MAMY SAMEJ. To powodzenia.

W trakcie lotu powrotnego coś mi nie wyszło z rezerwacją miejsca. Dostałam najgorsze możliwe miejsce – w środku samolotu. Bez możliwości wyjścia, ani przez okno popatrzeć, ani oprzeć się z boku, a na dodatek koło mnie siedział jakiś dziadek i non stop charczał i bulgotał. Nie dało się przy tym ani na chwilę zdrzemnąć. Przepraszał i przepraszał, ale to przecież nie jego wina. W końcu powiedziałam, z właściwą sobie subtelnością, że moim zdaniem to nie brzmi dobrze i powinien iść do lekarza. Na co on odparł, że ma 84 lata i właśnie skończył się leczyć na raka płuc, ale chyba coś poszło nie tak. Boże, jestem chamem i pozostanę nim do końca świata, mimo otoczki cywilizacji.

Powrót zaplanowałam sobie idealnie. W Polsce w czwartek, w piątek do pracy, aklimatyzacja, tydzień kolejny w pracy, dochodzenie do siebie, i potem przerwa świąteczna. W sobotę od razu mieliśmy z chórem koncert połączony z kolacją wigilijną, organizowaną przez gospodynie wiejskie, więc wyobraźcie sobie, jakie pyszności były. W czwartek kolejna kolacja wigilijna w pracy tym razem, każdy postarał się zrobić coś pysznego, więc znowu orgia jedzenia. Pomyślałam sobie, że w takim razie Wigilia w domu jako trzecia z kolei nie będzie już tak ekscytująca, a jednak! Nie wiem, co było przyczyną – mamy radość, że wróciłam, dużo wolnego czasu, a więc brak pośpiechu i powodu do konfliktów, w każdym razie przygotowania do Bożego Narodzenia w domu przebiegły spokojnie i miło, a same Święta mogę wspominać tylko jako cudowne. We czwórkę i pół, z ludźmi, których kocham, i którzy szczerze kochają mnie i życzą mi jak najlepiej, ulubione potrawy, spokój, brak presji i konfliktowych tematów, dużo wypoczynku i nicnierobienia, wspólnego oglądanie National Geographic, po prostu błogość i szczęście. Naprawdę. To chyba najlepsze Święta w życiu.

Dziś wolne, tylko próba na chórze, jutro na chwilę do pracy i po południu koncert, w sobotę kolejny koncert – pisałam już, że kocham śpiewanie? Nieważne, jak to wychodzi… ;) W poniedziałek nadal wolne, do pracy dopiero za tydzień. Czyż życie nie jest piękne?

Czuję spokój.

I mam swoją doniczkę.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS